Autor      Henryk Florkowski
Tytuł      Młodzież leszczyńska na robotach w III Rzeszy
Źródło     Przyjaciel Ludu Zeszyt I/XCVII 2003

 

Rozmiary i formy eksploatacji ludności polskiej w czasie okupacji niemieckiej w latach 1939-1945 są ogólnie znane. Uważam jednak, że za mało napisano o losie młodzieży. Ówczesne polskie dziewczęta i chłopcy, jeśli jeszcze żyją mają dziś około 80 lat. Są starcami. Dzisiejsza zaś młodzież zna mało faktów, które przeżyło pokolenie ich dziadków. A ponieważ ostatnio pojawia się coraz więcej głosów ze strony zachodniego sąsiada, że położenie robotników cudzoziemskich w III Rzeszy nie różniło się wcale od warunków życia Niemców, dlatego powstał ten artykuł, w celu sprostowania podobnych opinii. Opracowanie niniejsze stanowi przyczynek do losów młodzieży Leszna w czasie II wojny światowej, jest próbą utrwalenia pamięci o nich.
 

Marian Niedźwiedziński na przymusowych robotach

Karta pracy Henryka Florkowskiego

Bezpośrednio po napaści na Polskę okupanci zaczęli wprowadzać tu "hitlerowski nowy porządek". Przekonani, że należą do wyższej rasy "nadludzi" zaczęli traktować Polaków, nie tylko jako niewolników ale jako "podludzi" (Untermenschen). Wprowadzono obowiązek pozdrawiania Niemców przez Polaków (Grusspflicht der Polen). Pozdrawiać należało każdego Niemca. Niemcom należało schodzić z drogi, z chodnika, zdejmować z głowy czapkę lub kapelusz. Najmniejsze uchybienie karane było biciem. Wyróżniali się w tym szczególnie członkowie SS i SA, a także członkowie partii NSDAP. W Lesznie hitlerowcy chętnie korzystali z tego prawa poniżania godności Polaków.
By przyzwyczaić Polaka do wykonywania tego obowiązku organizowano zbiórki młodzieży, w wieku od 14 do 22 lat, po pracy czy w niedzielę od rana, na których ćwiczono pozdrowienia. Ćwiczenia przeprowadzali żołnierze Wehrmachtu. W czasie tych zbiórek w koszarach leszczyńskich niemieccy właściciele majątków rolnych dokonywali także wyboru siły roboczej.
 

Polacy byli zobowiązani do bezwzględnego podporządkowania się zarządzeniom administracji dotyczącymi obowiązkowej pracy (Pflichtarbeit). W początkowym okresie brano ludzi w łapankach na ulicy do robót w Lesznie czy na terenach wojskowych pod Wyciążkowem. Później rozpoczęły się wysyłki na roboty przymusowe w głąb Niemiec.
Marian Niedżwiedziński, mój kolega gimnazjalny, rodem z Leszna, zostawił po sobie wspomnienia z robót przymusowych w okresie okupacji hitlerowskiej (.....) W połowie kwietnia 1940 r. wywieziono z Leszna pod eskortą kilkuset młodych Polaków w głąb Rzeszy. Marian Niedźwiedziński z kolegami: Janem Banaszakiem, Mieczysławem Cieślewiczem, Bronisławem Grędziakiem, Józefem Galonem, Stanisławem Kaczmarkiem, Sewerynem Lorkiem, Mieczysławem Olejniczakiem, Marianem Pierzchotem i Mieczysławem Sitkiem zostali skierowani do Dardesheim w pobliżu Halberstadt i Wernigerode. Ulokowano ich w budynku byłej obory (o długości 10 m i szerokości 4 m), z dwoma maleńkimi otworami okiennymi pod sufitem i prymitywnymi, nieszczelnymi drzwiami. Umeblowanie tego pomieszczenia składało się z 10 piętrowych łóżek, stołu, 2 ławek, 5 szafek i żelaznego piecyka. Na łóżkach z siennikami były 2 koce, z których jeden służył za prześcieradło, a drugim przykrywano się. Otrzymali też 3 miski do mycia, wiadro i szczotkę do zamiatania.
 

Powiadomiono ich, że otrzymają kartki żywnościowe: tygodniowo 4 kg chleba i 5 kg ziemniaków na osobę i że sami muszą gotować sobie posiłki. Dlatego też dano im kartki na zakup garnków i innych naczyń. Przydzielono każdemu 2 woły, które miały być ich narzędziami pracy. Młodzi Polacy, wychowani w mieście, pierwszy raz w życiu spotkali się z tymi zwierzętami. Pouczono ich o sposobie zakładania im uprzęży. Następnego dnia rozpoczęli orkę wołami.
Majątek, w którym pracowali, był własnością rotmistrza Kurta Hörninga, brata landrata w Lesznie. Uprawiano w nim buraki cukrowe i produkowano nasiona buraczane. Pracowało tu jeszcze 30 innych Polaków, pochodzących z powiatu wolsztyńskiego i około 20 Niemców, w większości ludzi starszych i niezdolnych do służby wojskowej. Grupę dziesięciu Polaków z Leszna Niemcy nazywali "studentami", gdyż wyróżniali się oni dbałością o czystość i wygląd zewnętrzny. Grupa ta stała się też ośrodkiem zbliżenia i kontaktów z Polakami zatrudnionymi u bauerów i robotnikami cudzoziemskimi, w tym Ukraińcami i Rosjanami. Spotkania takie ułatwiał i urozmaicał duet muzyczny, który tworzyli: Marian Niedżwiedziński (akordeon) i Mieczysław Sitek (skrzypce). Był to ważny czynnik nie pozwalający na złamanie ducha Budził nadzieję na odzyskanie wolności i powrót do kraju.
 

Praca fizyczna była ciężka i niezmiernie wyczerpująca. Dokuczał im głód. Ratowali się wybieraniem wołom z koryt śruty jęczmiennej, z której pieczono placki. Głodni, wybierali nieraz świniom gotowane ziemniaki lub robili wyprawy po ziemniaki do majątkowych kupców. Zdobyte w ten sposób ziemniaki odkryto kiedyś w ich izbie. Winę za ten czyn wziął na siebie Marian Niedżwiedziński. Został strasznie pobity. Skatowany, zakrwawiony, znokautowany bokserskimi ciosami upadł. Zdesperowany, zamierzał rzucić się na swego prześladowcę. Usłyszał wtedy: "Denk an deinem Vater" ("Pomyśl o swoim ojcu"). Był to głos fornala Emila, antyfaszysty. Dzięki temu ostrzeżeniu uratował życie. Za uderzenie Niemca groziła śmierć przez powieszenie. Marian Niedżwiedziński zakończył swoje wspomnienia z kilkuletniej poniewierki na wrogiej ziemi stwierdzeniem, że młodzi mieszkańcy Leszna z dumą nosili literę "P" wśród rozfanatyzowanych Niemców i nie zhańbili się żadnym niegodnym Polaka czynem. Autor niniejszego opracowania, uczeń Liceum Humanistycznego w Lesznie, jesienią 1939 r. znalazł się w grupie Polaków, których zmuszono do karczowania lasu w okolicy Henrykowa, pod Lesznem. Do miejsca wyrębu trzeba było pokonać kilku kilometrową polną drogę w mroźnej i śnieżnej zimie.
 

W maju 1940 r. całą naszą grupę wywieziono specjalnym transportem kolejowym z Leszna do Niemiec. Najpierw umieszczono nas w obozie pod Gubinem. Był to tzw. Auffanglager. Tu zewidencjonowano nas, sfotografowano i wykonano odciski palców. Każdemu założono kartotekę Wręczono też odznaki "P". Był to kwadrat wielkości 5 cm x 5 cm, z fioletowym obramowaniem o szerokości 0,5 cm, w którego środku na żółtym tle znajdowała się, ustawiona po przekątnej, litera "P" wielkości 2,5 cm. Literę "P" byliśmy zobowiązani stale nosić, w widocznym miejscu na odzieży, po prawej stronie klatki piersiowej. Stąd przetransportowano nas do różnych ośrodków przemysłowych. Znalazłem się w kilkusetosobowej grupie Polaków w obozie dla robotników przymusowych w Lautawerk (pow. Calau). Zatrudniono nas przy rozbudowie huty aluminium (Vereinogte Aluminium Werke). Jako cywilni robotnicy przymusowi (Ziwilgefangene) narodowości polskiej, należącej do wrogiego narodu, byliśmy zakwaterowani w barakach w obozie, by uniemożliwić nam kontakty z ludnością niemiecką. Obowiązywały nas godziny policyjne, kiedy nie wolno było przebywać poza obozem. Bez urzędowej przepustki nie wolno było opuszczać miejscowości. Obowiązywał również zakaz wchodzenia do restauracji, kina, teatru itp. Noszenie litery "P" ułatwiało Niemcom kontrolę, tym bardziej, że każdy Niemiec miał prawo legitymować Polaków. Robotnikom polskim w wieku 14-18 lat nie przysługiwały prawa o ochronie młodzieży. Zarobki były obniżane, a czas pracy wynosił 10 godz. na dobę. Za pracę w święta nie przysługiwał dodatek świąteczny.
 

W czerwcu 1941 r., po operacji chirurgicznej, nie podjąłem pracy w Lautawerk. Poszukiwany przez policję, jako zbiegły z pracy ukrywałem się najpierw w Lesznie -Zaborowie, a później w Łodzi, u wysiedlonego z rodziną urzędnika kolejowego z Leszna, Ignacego Gorgolika. Była to wspaniała rodzina, która zapewniła mi przez przeszło 2 miesiące dach nad głową i utrzymanie bez żadnego wynagrodzenia, gdy sama była w ciężkiej sytuacji i groziły im represje. Był to dowód rozwiniętego podczas okupacji instynktu solidarności społecznej i wielkiego patriotyzmu. Do tej pory czuję się nieswojo i jestem zażenowany, bo za tę pomoc i szlachetne serce nie potrafiłem okazać swoim dobroczyńcom należytej wdzięczności. Aresztowany we wrześniu 1941 r. w Lesznie, zostałem uwięziony w obozie karnym we Schwetig. Był to obóz pracy "wychowawczej", którego oficjalna nazwa brzmiała: Erweitertes Polizeigefangnis und Arbeitserziehungslager der Sicherheitspolizei in Schwetig. Podlegał gestapo we Frankfurcie nad Odrą. Obozy "wychowawcze" podlegały głównemu Urzędowi Bezpieczeństwa Rzeszy (RSHA), a bezpośredni nadzór nad nimi sprawowały lokalne placówki gestapo, których szefowie mieli nieograniczone prawo stosowania aresztów i kar wobec cudzoziemskich robotników. Według hitlerowskiego prawa uchylanie się od pracy traktowane było jako "poważne zagrożenie" moralności pracy czy akt sabotażu. Dla karania wykroczeń utworzono gestapowskie karne obozy pracy przymusowej (Arbeitserziehungslager). Stosowane tam metody "wychowawcze" były narzędziami represji i terroru, których celem było wykorzenienie najmniejszych form oporu i nieposłuszeństwa, bo samo uwięzienie uznawano za karę niewystarczającą.
 

Każdy więzień, który trafił do obozu w Schwetig był maksymalnie wykorzystywany przy budowie autostrady przez Odrę do Frankfurtu. Praca trwała 12 godzin na dobę, przy dwóch głodowych posiłkach. Zakwaterowano nas w niesamowicie zawszonych i zapluskwionych barakach. Więźniowie byli lokowani na trzypiętrowych pryczach; po dwóch na każdej pryczy. Warunki pracy w takim obozie były trudniejsze niż w obozach koncentracyjnych, jednak pobyt był tu znacznie krótszy (zasadniczo wynosił 56 dni). Każdy więzień przy przyjęciu bywał pouczony, że został skierowany tu, by "nauczyć się pracy, porządku i gimnastyki" i otrzymywał 25 uderzeń bykowcem, co miało dodać mu ochoty do pracy. Byliśmy strasznie zawszeni i stale głodni Codzienne polowanie na insekty, jak i okresowe dezynsekcje były całkowicie bezskuteczne. Wszy i pluskwy panoszyły się wszędzie. Panował też świerzb. Ciągłe drapanie się nasilało straszny świąd i wywoływało różne powikłania. Nagminne były owrzodzenia, ropnie, biegunki, obrzęki nóg, zapalenie nerek. Nie dziwi więc, że wybuchały epidemie tyfusu plamistego. Sam również zachorowałem na tyfus, na szczęście już po zwolnieniu z obozu i dlatego było mi dane przeżyć. Jednak ze względu na powstałe po chorobie trwałe powikłania sercowe (tętno sięgało do 200 na minutę, w następstwie czego komisja lekarska orzekła, że nie nadaję się do pracy fizycznej), zostałem zwolniony do domu.W innym transporcie, w połowie kwietnia 1940 r., znalazła się grupa uczniów Gimnazjum i Liceum w Lesznie, z których większość należała do 1 Leszczyńskiej Drużyny Harcerskiej. Znaleźli zatrudnienie jako niewyszkoleni robotnicy rolni w majątku Asmusstadt, później jako drwale w Harzgerode i w wielkim przedsiębiorstwie rolno-nasiennym w Aschersleben. Z tej dużej grupy deportowanych na roboty przymusowe wydzielono później kolumnę roboczą złożoną z uczniów leszczyńskich szkół średnich. Roztoczono nad nimi szczególny nadzór, by nie "demoralizowali" pozostałych robotników. Wśród nich znaleźli się harcerze 1 LDH: Edmund Białas, Barciński, Benon Bijakowski, Florian Kawka, Kazimierz Okoniewski, Bogdan Ostyński, Stanisław Śleboda, Czesław Talaga, Franciszek Talaga, Henryk Tycner, Walery Zabłocki.
 

Grupa ta była oddzielnie zakwaterowana i oddzielnie pracowała. Wyróżniała się wśród innych schludnym wyglądem. W ich pomieszczeniach panował wzorowy porządek, mimo niewolniczych warunków pracy i bytowania.
Harcerska młodzież leszczyńska wychowywana patriotycznie, zgodnie z treścią Przyrzeczenia i Prawa Harcerskiego, była świadoma postaw i zachowań w aktualnej służbie krajowi. Treści zawarte w hymnie ZHP ("Wszystko co nasze Polsce oddamy") determinowały ich zachowanie i postawę w niewoli. Ci młodzi ludzie na robotach w Aschersleben, korzystając z chwilowej nieobecności żandarmów, organizowali po pracy symboliczne ogniska, na których śpiewali harcerskie i patriotyczne pieśni, recytowali wiersze, improwizowali pogadanki i dyskusje w mniejszych gronach, czytali książki, wymieniając je między sobą, dzielili się wiadomościami z frontu wojennego. Podtrzymywali się na duchu. Starali się też poszerzać swoją wiedzę. Ponieważ robotnicy leszczyńscy różnili się wyraźnie od innych, dzielono ich na mniejsze zespoły i wysyłano do różnych miejscowości. Aschersleben było wielkim skupiskiem robotników przymusowych z podbitych krajów Europy; najwięcej pochodziło ich z Polski i Związku Radzieckiego. Nasi chłopcy czynili wiele dla podtrzymania ducha polskiego. Gromadzili ulotki zrzucane przez samoloty alianckie, tłumaczyli ich treść i rozpowszechniali, także wiadomości uzyskane z komunikatów wojennych czy nasłuchów radiowych. Pielęgnowali tradycyjne zwyczaje bożonarodzeniowe i wielkanocne. Dzięki kontaktom z proboszczem katolickim brali udział w nabożeństwach religijnych dla Polaków. Nieobcy był im mały sabotaż. Przestrzegali zasady zwalniania tempa pracy. Nie ujawniali posiadanych umiejętności. Piętnowali Polaków, którzy nie przestrzegali tych zasad. Jako niegodne Polaków traktowali przyjmowanie kierowniczych czy nadzorczych stanowisk.
 

Zachował się list Waleriana Zabłockiego z Aschersleben, z 19 listopada 1943 r., do Jerzego Rosochowicza, kolegi z gimnazjum w Lesznie. Autor stwierdza w nim: Minęły już cztery lata wojny. Refleksje budzące się pod wpływem uświadomienia sobie ich wartości dla kształtowania swego ja, są jakby jedyną istotą bieżących dni. Skutki wojny wyeliminowały nasz pozytywnego udziału w ogólnym pochodzie, jesteśmy prawdziwymi niewolnikami... Często, bardzo często myślę nad sposobem ujęcia swej obecnej wegetacji w formy i reguły, by odseparować się zupełnie i zamknąć się w sobie. Wszak tak łatwo zbłądzić, tak łatwo poddać się powszechnej dekadencji i wraz z zaprzepaszczeniem swoich najdroższych ideałów, postradać ten swój prawdziwy skarb: młodzieńczego, optymistycznego patrzenia w przyszłość. Nie chcę jeszcze wejść poważnie z dojrzałymi prawami do życia w ślepy korowód niejasności, nie mając dostatecznego oparcia w poczucie swej wartości.
 

Młodzież leszczyńska w latach okupacji, w ciężkich warunkach przemocy i terroru potrafiła nie poddawać się ani kryzysom zdrowotnym, ani załamaniom psychicznym. Jej postawa i zachowanie były dowodem patriotycznego wychowania w rodzinie, w gimnazjum, w harcerstwie. W 1 LDH zdobyła też umiejętności kierowania zespołem, właściwego zachowania w każdej sytuacji życiowej, zdolność przewidywania, zdolność do samoograniczania, potrafiła zachować pogodę ducha. Swój przeszło pięcioletni niewolniczy los młodzi leszczynianie znieśli godnie godnie, a nawet dumnie. Nie wątpili ani przez moment, że wrócą do wolnej Polski, że uzupełnią swoje wykształcenie, że będą osobiście odbudowywać z ruin swoją ojczyznę.

Bibliografia
Henryk Florkowski, Pamięci Mariana Niedżwie-dzińskiego, Panorama Leszczyńska 1985, nr 45. Henryk Florkowski, Curriculum vitae 1998, mps. Marina Niedźwiedziński. Z licealisty parobkiem u "nadludzi", W: Z literą "P" na robotach przymusowych w hitlerowskiej Rzeszy, Wyd. Pozn. Poznań 1976, s.391-400.
Zbigniew Tylewicz, Los harcerzy 1 LDH 1939-1945, Poznań 1985, mps. Arch. autora.