Autor      Tadeusz Walkowiak
Tytuł      O zniszczeniu Leszna
Źródło     Przyjaciel Ludu Zeszyt I/XCVII 2003

Wspomnienia o zniszczeniu miasta Leszna w 1707 roku" - taki tytuł ma artykuł w "Lissaer Tageblatt. Zeitung fűr den Landgerichtsbezirk Lissa" ("Dziennik Leszczyński. Gazeta Krajowego Obwodu Sądowego Leszno"), nr 163 z 14 lipca 1907 r. Jest to jedna z gazet znajdujących się w kuli iglicy kościoła pw. Świętego Krzyża, która spadła na dach świątyni w czasie wichury 28 marca 1997 r. Oto skrócona wersja artykułu pt. "Żałosne zniszczenie królewskiego dziedzicznego miasta Leszna w Wielkopolsce", w oryginale pisana gotykiem i przeze mnie przetłumaczona.

***
Rozpoczęta z początkiem XVIII wieku wojna o Inflanty, prowadzona od dłuższego czasu w oddaleniu od naszych stron, z czasem zbliżała się coraz bliżej Wielkopolski. Toczący się różnie teatr wojny sięgnął Ponieca, Kalisza i Wschowy, gdzie przelano dużo krwi. Ciężkie losy wojny dosięgły w 1702 roku Leszna, które musiało wypełniać obowiązki wojenne poprzez kontrybucje, zakwaterowania wojskowe i rekwizycje. Ludzie żyli w ciągłym strachu i często z miasta uciekali.
 

Jednak najtrudniejszą plagę i utrapienie przyniósł 1707 rok. Już w pierwszych miesiącach roku nadchodziły wieści o zbliżaniu się moskiewskich wojsk. Generał August Friedrich von Hahn, stacjonujący z silnym korpusem w Kaliszu, wydał kilka zarządzeń dotyczących Leszna w sprawie żywności i kontrybucji w pieniądzu lub naturze z zastrzeżeniem, że w przeciwnym razie Leszno i okoliczne wsie zniszczy ogniem i mieczem. Spowodowało to niezwykłe przerażenie mieszkańców i Magistratu. Kilku radnych wysłano do Kalisza na pertraktacje z generałem, ale okazało się, że tenże z wojskiem cofnął się i dotarł aż do Warszawy i na jakiś czas znowu było w Lesznie bezpiecznie.
 

15 lipca znowu się rozpoczęło. Dowódca Schultz zażądał, aby w ciągu trzech dni uzgodnić sprawy kontrybucji. Urzędnicy Magistratu wyszli do ludności po radę i zaraz dwóch radnych wysłano do Schultza, ale ci już w drodze spotkali wysłany do egzekucji oddział w sile 500 wojaków, który rano wkroczył do miasta. Byli wśród nich Polacy, Litwini, Moskale, Kozacy i Kałmucy, którzy obsadzili wszystkie cztery wjazdowe bramy do miasta. Komendę objął Wasyl Michałowicz Ugarew, a polskim rządzącym był Niezabitowski, komisarzem Trzciński. Skoro tylko żołnierze weszli do miasta to przez cały dzień i noc, aż do południa, w nim plądrowali. Słychać było tylko płacz, lamenty i narzekania ludności, która uciekała w ogrody bądź kryła się po innych zakamarkach, ale nigdzie nie czuła się bezpiecznie. Ponieważ bramy były obsadzone, ludzie uciekali przez wały, ale dostawali się w łapy żołdaków, którzy rabowali ich z odzieży i wartościowych rzeczy. W tej zawierusze wielu ludziom udało się uciec z miasta. W natłoku ludzkich fal trudno było zebrać i dostarczyć pieniądze. Schultz zażądał 30 000 niemieckich talarów. Zgodził się na dostarczenie zaliczki 7 500 nt, ale i tej kwoty nie zebrano. O godzinie trzeciej po południu przed bramą wschowską podpalono 19 wiatraków, które w godzinie zamieniły się w popiół. Pożar miał się przenieść na całe miasto, straszny krzyk rwał się ku niebu. Ci, którzy uchowali się w ciemnych piwnicach, wyszli z nich i opuszczali miasto, matki z dziećmi na rękach lub trzymających je za ręce uciekali aby ujść przed płomieniami. Ale dostawali się w ręce bezlitosnych Kałmuków, jakoby w ręce lwów i niedźwiedzi. Byli rabowali, do naga rozbierani, bici, powiązani i na różne sposoby męczeni. W nocy znowu niektórym udało się ujść z miasta.
 

W niedzielę 17 lipca dostarczono towar, który zebrano i Schultz wyraził zgodę, aby resztę dostarczyć do środy, a wtedy wyda kwit i nic więcej nie będzie chciał. Za to dowódcy wręczono 300 dukatów, komisarz i oficerowie też coś dostali i partia wojska wyszła z miasta. Ale do miasta weszła znowu jakaś inna zgraja wojska. Po zrabowaniu koni opuściła miasto udając się w kierunku Rydzyny, którą wkrótce podpaliła i na swej drodze spaliła jeszcze Kłodę, Moraczewo i Pomykowo. Wsie te poszły z dymem. Skoro tylko to wojsko opuściło Leszno, wyszli zeń niektórzy mieszkańcy udając się w kierunku bezpiecznego Śląska, gdzie mimo niewygód zajęto się nimi.
 

20 lipca wysłano z pieniędzmi dwóch radnych do Zdun, ale Schultz miał zawsze mało, a do 10 000 kontrybucji brakowało jeszcze 2 500 nt. Toteż wysłano znowu z Leszna dwóch obywateli z pieniędzmi, które odebrano, ale wysłanników nie puszczono do domu. Po trzech dniach weszła do Leszna grupa wojska, która zajęła także Zaborowo. Dowódca Schultz miał znowu nowe żądania. Żądał wielkiej ilości siodeł, pistoletów, butów, wina, cukru i wiele innych rzeczy, wyznaczając miejsce i termin dostarczenia tegoż. Żołdactwo panowało po swojemu, ludzi bito, wiązano, nie było żadnego konia aby zawieźć towar do Zaborowa i w końcu sami mieszkańcy na taczkach wieźli chleb, mięso czy piwo do tej mieściny. Wieczorem około 20 osób jak bydło gnano do obozu i oddział wojska ruszył z powrotem do Rydzyny do Schultza, który następnego dnia rozlokował się w pobliskim Zaborowie.
 

25 lipca Schultz odebrał 1 000 ówczesnej waluty, 300 dukatów, beczki piwa, mnóstwo przypraw, ale twardo żądał dostarczenia wkrótce reszty kontrybucji, a dla siebie jeszcze 100 królewskich talarów, wina, proszków i co tylko. Gdy ta grupa wojska się zadomowiła, to weszła kolejna grupa wojaków, która rozpoczęła wyczyniać straszne rzeczy. 27 lipca wysłannik Schultza zjawił się z wiadomością, że o ile w południe nie dostanie pieniędzy, to po południu rozpocznie się palenie wszystkich młynów, a jutro całe miasto zostanie zamienione w popiół. W związku z tym od nowa dostarczano siodła, buty, wino i wiele innego dobra. Sądzono, że jeśli spełni się żądania, to miasto będzie bezpieczne, przecież dowódca Schultza przyrzekał to wiele razy. Ale mimo to dnia 29 lipca zaczęło się dziać coś strasznego. Dzień ten był dniem strachu, niszczenia, narzekań, lamentów i żalów. Rano oddział wojska otoczył miasto, zajął wszystkie bramy i rozpoczęła się groza niszczenia. Tysiąc żołdaków rozpoczęło dzieło palenia miasta, mimo że znaczna liczba jego mieszkańców była w ukryciu. Gwałtem włamywano się do świątyń, sądząc, że tam są ludzie. Wojsko rabowało co się tylko dało, a dowódca ze sztabem gościł się w Rynku. Miano rabować chleb i piwo dostarczając je dowódcy, który wydał rozkaz podpalenia miasta. Daremne były błagania władzy miejskiej, aby ocalić to nędzne miasto, zapewniającej, że wikt na utrzymanie oficera i jego służby będzie dostarczony. Mimo otrzymania znacznej ilości żywności i piwa bezustannie plądrowano w mieście, a napotkanych ludzi obdzierano z odzieży. Dzieci płci żeńskiej do lat 12 skazywano na śmierć. W południe żołdactwo rozbiegło się po uliczkach i podpalało domy przy użyciu różnych zapalników i innego łatwopalnego materiału. Były to kulki napełniane siarką i innym ogniowym materiałem. Po ich zapaleniu i rzuceniu w budynek kulki te przylepiały się do ścian fasad i w okamgnieniu budynki się zapalały. Co trzeci, czwarty dom kulkami w ten sposób obrzucano i w krótkim czasie całe miasto był w ogniu. Jak taki pożar wyglądał, to nawet działanie Wezuwiusza nie jest temu w stanie dorównać, a żadne pióro nie jest w stanie tego opisać. Trzaski ognia, szum wiatru w powstającym żarze, zawalające się w płomieniach kolejne domy, spadające dzwony i wraz z nimi zawalające się wieże kościołów były takie straszne, że po kilku chwilach zdawało się, że trzęsie się ziemia. Kamienie młyńskie rozpryskiwały się po okolicznych uliczkach i wypalały ziemię do samego piasku. Drewniane cembrowiny studzien wypalały się do lustra wody, a pale wkopane w ziemię na głębokość łokcia spalały się na całej długości Wypalały się piękne ogrody wewnątrz miasta jak i na zewnątrz wałów. Temu wszystkiemu przyglądał się Schultz z tysiącem konnych, leżąc na trawie przy wypalonym młynie. Pożar trwał tylko cztery godziny i w tym krótkim czasie całe miasto, oprócz bramy kościańskiej i kilku domów, zamieniło się w żałosną kupę popiołu. Ostatnią godziną uderzoną przez zegar ratuszowy i kościelny była godzina 12.00. Co ciekawe, na całym rynku nie został kawałek drewna, a jednak przy jakiejś kupie pyłu znaleziono świeże rózgi nietknięte ogniem, chociaż tuż, tuż inne drewno się spaliło. Świadczy to o tym, że Bóg swoich rózeg, którymi nas wychowuje w ogień nie rzuca, że to miejsce będzie nadal miejscem wymierzania sprawiedliwości.
 

Nad wieczorem całe miasto w odległości dwóch mil widoczne było jak tląca się kupa popiołu. Ogień od czasu do czasu tlił się jeszcze wiele tygodni, a po 18 tygodniach w pewnym miejscu, po zamieszaniu w popiele, jeszcze wybuchał.
Uchodzący przed płomieniami mieszkańcy miasta wpadali w łapy bezlitosnych niszczycieli, którzy ranili ich bądź mordowali. Znajdowali ich nawet schowanych w gęstych krzakach, skąd ich wyciągali i okradali. Niektórzy mieszkańcy uciekając wpadali do rowów miejskich i w nich się potopili. Tych połapanych rozbierano do naga, bito i raniono i bez względu na płeć nagich jak bydło wyprowadzano na pola, kobiety gwałcono, niektóre za nogi wieszano. Ci, co uszli z życiem, całkiem nadzy poszli w kierunku Czerniny, Chróściny i pobliskich graniczących ze Śląskiem miejscowości, gdzie wiele dni w zimnie i nagości w lasach leżeli, iść dalej nie mieli sił i umierali.
 

W następnych dniach po pożarze wielu leszczynian wracało, by oglądać ruiny. Drugiego sierpnia tliły się resztki zburzonego kościoła ewangelicko-reformowanego. Nikogo nie można było pochować, bowiem po okolicy włóczyły się grupy Moskali. W zgliszczach swych domów ludzie szukali relikwii rodzinnych, na różny sposób grzebiąc w spaleniźnie, co można było obserwować w dniach 3, 5, 6, 10 i 11, a szczególnie 30 sierpnia, kiedy to pogorzelcy gromadnie weszli w swoje spalone miasto. Weszli na swoje nieszczęście, bo do miasta tego dnia weszła grupa Kałmuków i okrutnie z nimi postąpiła. Jeszcze trzy godziny harcowali po mieście, plądrując stojące tu i tam domy, gwałcąc napotkane po drodze kobiety i obdzierając napotkanych z odzieży. Napotkani radzi byli, że w ten sposób się z nimi obeszli, a im przecież chodziło tylko o życie, które im darowano.
 

Taka była, aż nadto wielka, nędza miasta, które takie musiało ponieść cierpienia. Jakby tego było mało, szczególnie znaczni sukiennicy, którzy w imieniu miasta jako rajcy delegowani byli z pieniędzmi do najeźdźców, poniżeni i upokorzeni, do Moskwy zostali wywiezieni. Pozostali mieszkańcy zostali z Leszna wypędzeni i nie mogąc znaleźć stałego miejsca pobytu, jak obłąkani chodzili w kółko, nie mogąc dojść do końca swej wędrówki. Czytelniku weź z tego przestrogę i zważ, jak nagle twój dobrobyt może zejść do ziemi i zamienić się w stan boleści. W sercu zostaw sobie tę biedę i okaż litość tym ludziom wpędzonym w smutek i zmartwienie, a także w nędzę moralną.