Autor

Tadeusz Walkowiak

Tytuł

Historia kościoła p.w. Św. Krzyża w kuli iglicy

Źródło

Przyjaciel Ludu 1-2/2000

Uwagi

 

 

W czasie wichury, która wystąpiła w Wielki Pią­tek 28 marca 1997 r., część iglicy kościo­ła p.w. Świętego Krzyża w Lesznie wraz z kulą spadła na dach świątyni. Miała ona 7 metrów długości i rozpadła się na 3 części. W kuli znajdowało się wiele dokumentów napisanych po niemiecku prze­ważnie pismem gotyckim, były też sakiewka z pie­niędzmi, pocztówka, fotografie przedstawiające przeszłość Leszna oraz gazety drukowane goty­kiem. Jedna z nich, z 14 lipca 1907 r., opisuje znisz­czenie Leszna w 1707 r., inna, z 8 września 1909 r. m.in. relacjonuje dzieje budowy 4 kościołów pw. Świętego Krzyża, które powstawały na zgliszczach poprzedniej budowli.

Do księdza proboszcza Bolesława Bugzela przyszły 3 osoby znające pismo gotyckie, którego w szkołach uczono tylko do 1939 r. Mnie ksiądz wręczył wspomniane 2 gazety. Gazeta z 8 wrze­śnia 1909 r donosi, że umieszczenie dokumentów w kuli wieży ewangelickiego kościoła odbędzie w środę 8 września. "Jest to czwarta wieża budowana przez miasto i dla wspólnego dobra mieszkańców po­dajemy historię wieży i tego kościoła" podawał "Lissauer Tageblatt" - "Dziennik Leszczyński".

Jakie zatem były losy budowy 4 kościołów i wie­ży? Poniżej podaję tłumaczenie tej niezwykłej hi­storii.

 

Pierwszy kościół 1635-1656

Wiadomo, że dziedzic Leszna Rafał V Lesz­czyński na podstawie przywileju z 4 listopada 1633 r. dał nowo powstałej gminie luterańskiej prawo bu­dowy własnego kościoła. Atoli liczba wygnańców ze Śląska wyznania luterańskiego szybko rosła, tak, ze z biegiem czasu przewyższała liczbę reformatorów. Doszło do tego, że jeden kościół dla dwóch gmin wyznaniowych nie zaspakajał potrzeb wierzą­cych, bowiem luteranie początkowo korzystali z gościnności reformatorów, z ich Domu Bożego. Dlatego dziedzic Rafał podarował luteranom na wła­sność parcelę przy wałach koło Nowego Rynku. Miała ona 150 łokci długości i 95 szerokości; była dostatecznie duża, aby na niej mógł stanąć kościół, było tu miejsce na plebanię i dzwonnicę. Z wielką radością i powszechną ofiarnością zabrano się do dzieła. 3 maja 1635 r, w dniu znalezienia Krzyża, wmurowano kamień węgielny, a budowa tak szyb­ko postępowała naprzód, że w pierwszą niedzielę Adwentu tego roku kościół można było poświęcić. O kształcie kościoła mało wiemy; nie istnieje żaden obraz z tego czasu. Jest natomiast kilka wspomnień w wydawnictwach Komeńskiego, z których można wnioskować, że kościół był przestrzenną budowlą, obliczoną dla dużej i stale rosnącej gminy wyzna­niowej. Miał również wieżę. P. Holfeld w 1649 r. w jednej z mów pogrzebowych powiedział: "...taki mały na zewnątrz ten kościół jest, ale nie gniewa nas to, bo jesteśmy radzi".

O losie tego kościoła jest mało wiadomości. Przypuszcza się, że przy poruszaniu przez gminę spraw kościelnych i rosnącym dobrobycie w pierw­szym okresie rozwoju Leszna, rozmaicie w koście­le to i owo upiększano. Takim upiększaczem był po­eta - pieśniarz Johann Herrmann, który w nim zna­lazł sobie 27 lutego 1647 r. ostatnie miejsce spo­czynku. Dziś do jego grobu naturalnie nikt nie może pielgrzymować. Żaden kamień nie zdradzi miejsca, gdzie spoczywają kości pobożnego śpiewaka. Na jego grobie 29 kwietnia 1656 r. leżała kupa gruzów palącego się kościoła. Podobnie w całym mieście rabowano łupy i łupy zostały w płomieniach. Prze­szło 20 lat stał w Lesznie ten pierwszy kościół pod wezwaniem Świętego Krzyża.

 

Drugi kościół 1666-1707

Zanim kościół Św. Krzyża powstał z popiołów i gruzów minęło 10 lat. Gmina się całkiem rozsypa­ła. Również księża odeszli z Leszna. Tylko starszy wiekiem diakon mgr Michał Stelzner nie rozpaczał nad przyszłością miasta i swej świętokrzyskiej gmi­ny. Szedł wszędzie, gdzie tylko mógł zajść i zbierał datki na budowę nowego kościoła. Zwłaszcza w Saksonii miał dobre wyniki w zbiórce pieniędzy. Cie­szyły tam nadane przez księcia Rafała przywileje: otrzymanie miejsca na budowę kościoła z wszyst­kimi przynależnymi ozdobami. Dzieło budowy szyb­ko postępowało naprzód, ale długo nie trwało. Bra­kowało potrzebnej ilości materiałów wymaganych do budowy dużego, stosownie do możliwości gmi­ny, kościoła. Ale jednak w 1666 r, znowu w pierw­szą niedzielę Adwentu, poświęcono kościół. Wy­strój zewnętrzny i wewnętrzny kościoła ze środków kościelnych nie mógł być wykonany. Musiała wejść do akcji inicjatywa prywatna, ustalono dzierżawę kościelnych miejsc. Okna, ławki, krzesła, ambona, ołtarz - wszystko to zostało podarowane przez brac­twa i przez niektórych zamożnych obywateli. Budo­wy wieży trzeba było na razie zaniechać z braku funduszów. Ale w 1675 r. można było pod wieżą wykonać spód i 13 sierpnia 1677 r. mógł budowni­czy Krzysztof Szwarc z Leszna zwieńczyć swoje dzieło przez osadzenie kopuły na wieży. To pragnie­nie i nadzieję rozwijającej się gminy utwierdził se­kretarz dziedzica, będący również pisarzem sądo­wym i miejskim - Krystian Hoeldner w modliwie: "...że nazwisko pana Zeabotha garstce budującej wieżę, mimo jej drewnianej konstrukcji i drewnia­nego kościoła oprze się burzom dziejowym i bra­mom piekielnym, a także miłościwie umocni wie­rzącym duszom schodzącym i nowo narodzonym oczekiwanie na życie wieczne". Aby zabezpieczyć budowlę drewnianą od niebezpieczeństwa pożaru, noszono się z planem zabezpieczenia tejże przez olicowanie ścian masywnym, litym, materiałem. Już w 1687 r. przede wszystkim wypełniono północną stronę, przez co kościół powiększył się i należało domyślać się. że zastosowany materiał uchronił tę stronę kościoła od zniszczenia przez pożar w 1707 r. Taki sam materiał zastosowano do nowo budowa­nego kościoła. Niestety, nie dano gminie długo się cieszyć z wybudowanego z tak wielką miłością i kosztami kościoła. Uczucia i troski wypełniły suro­we czasy wojenne i uciemiężenie ewangelików. Złym znakiem był rok 1699, kiedy to "po Nowym Roku okrutny wiatr i burza złamał drzewiec i sztandar na naszej wieży". Obawy spełniły się. Dnia 29 lipca 1707 r. zniszczenie Leszna przez Rosjan i Pola­ków zamieniło również kościół luterańskiej gminy w popiół i zgliszcza.

 

Trzeci kościół

Po tym zupełnym zniszczeniu musiało Leszno na nowo powstać. Prędzej, niż się pomyśli, ściągali nieszczęśliwi mieszkańcy z resztkami uratowane­go dobytku do spalonych siedzib. Również księża wrócili z pobliskiego Heinzendorfu, dokąd uciekli. Z końcem września na miejscu pogorzeliska ko­ścielnego odprawiali nabożeństwo, po uprzednim, jako tako, uporządkowaniu terenu kościoła. Budo­wa nowego kościoła tymczasowo była nie do pomyślenia. Na razie trzeba było się zadowolić tym­czasowym kościołem w formie drewnianej remizy bądź szopy. Ale obrotni mieszkańcy miasta pukali do drzwi wszystkich wierzących z odpowiednim sło­wem o datki. Oddani sprawie obywatele miasta udali się na zbieranie ofiar i datków. Daniel Held udał się do Wrocławia, gdzie od szlachty i mieszczaństwa zebrał moc datków. Dwaj mieszczanie: Mikołaj Lechner mieszkaniec i złotnik i Jerzy Melchior Morgenstern, mieszkaniec i sukiennik udali się na zachód przez Zbąszyń, Karolath, Namysłów, Zgorzelec, Żytawę, Lipsk, Naumburg, Jenę, Weimar, Rudolfstadt, Saalfeld, Koburg tak, że doszli do Augsburga, Rosenburga i aż do jeziora Bodeńskiego. Inni znowu udali się na północ i wschód. W ten sposób zebrano obfite ofiary, przy nieznacznych wydatkach kwestujących. Lechner i Morgenstern zebrali około 2000 niemieckich talarów wydając na opłaty pocz­towe 100 guldenów, przez cały rok na 4 pary trze­wików i pończoch 12 fenigów, na 4 koszule przez rok 6 fenigów i na środki czystości 3 fenigi. Zresz­tą, dosyć już rozpamiętywań. Miłość wierzących nie osłabła. Doszły do niej liczne bogate zapisy, niektóre legaty w gotówce, niektóre w nieruchomościach bądź ozdobach. W międzyczasie panowała zaraza bądź morowe powietrze i po wygaśnięciu tejże moż­na było przystąpić do dzieła. Teraz miał znowu po­wstać kościół wielkich rozmiarów, o fachowej ar­chitekturze, podziwianej przez ewangelików. Było dla nich i gminy radością, że będą mogli znowu się w niej gromadzić. Kiedy jednak powstał plan archi­tektoniczny nowego trzeciego kościoła, nie można było ustalić. Może był starszy aniżeli wykonanie, bowiem, jak już wspomniano, strona północna kościoła istniała już przed 1707 r. (zniszczenie mia­sta) i oparła się tej burzy dziejowej. Tak więc wszyst­ko było: i plan budowy i pieniądze na budowę. Ale przy budowie każdego ewangelickiego kościoła spo­tykano się z wielkimi trudnościami, jak z wojną albo zarazą. Od 1674 r. panował w Polsce król Zygmunt, fanatycznie wychowany przez jezuitów, który zaka­zał budowy innych kościołów niż katolickie. Kiedy ewangelickie kościoły były gdzieś przygotowane do budowy, zawsze znalazł się pretekst, powód, zaka­zujący ich wznoszenia. Ponieważ ewangelicy byli w Polsce całkowicie pozbawieni praw religijnych, dostali się przeto z całym swym jestestwem w ręce polskich biskupów pod ich ochronę. Wiadomo, że swe prawa i przywileje utrwalone na piśmie obroni tylko silny i energiczny władca ziemi, który swą roz­tropnością kościół rzymski musi obronić. W jaki spo­sób ówczesna budowa kościoła, mimo takich krzyw­dzących warunków, została wykonana co najmniej do dobrej połowy, podaje w swej relacji Zygmunt Thomas. Podaje on w swym interesującym zapisie jak następuje: "1 sierpnia 1711 r. został wmurowa­ny kamień węgielny przez seniora Herrmanna". Ale jeszcze w tym samym dniu orzekł proboszcz kato­lickiego kościoła "że możemy murować". Generał Seydlitz - komendant ochrony Leszna oświadczył księdzu proboszczowi, że nakazał budować i księ­dzu biskupowi obiecał, że wszystko będzie z budową w porządku; jednocześnie ofiarował księdzu pro­boszczowi 10 niemieckich talarów. Dwaj mieszkań­cy podający się za wysłanników udali się zaraz do Poznania do generała Seydlitza i arcybiskupa „...gdy księdzu kanonikowi Doeringowi /poseł do sejmu niemieckiego/ okazali glejt - ośmiodukatową złotą mo­netę, zostali zgłoszeni u biskupa, któremu pokłon oddawszy, miłościwie zostali przyjęci. Na pytanie "czego żądacie?" pokornie pomodliwszy się prosili, aby biskup korzystając z przywilejów wziął kościół w ochronę i potem otoczył go opieką. On przeważ­nie sprzeciwiał się, mówiąc "że nie ma przywileju od króla, a to że nie ma ich ze strony republiki, lecz są one od dworu dziedzica, itp.". W końcu jednak wydał decyzję. Chciał do Leszna lada dzień przyje­chać i wydać dyspozycje. Zanim posłańcy wyszli, po drodze zapytali kanonika który biskupowi podle­gał i usługiwał, czy można się z biskupem spotkać i prezent wręczyć. Usłyszeli w odpowiedzi, że "do podarunku trzeba sobie drogę utorować". Natomiast ks. Doering otrzymał 3 złote monety, 2 dukatówki i 1 ośmiodukatówkę, które "zawinąwszy w papier i po powtórnym wejściu do biskupa osobiście pre­zent mu wręczył". Biskup wylewnie mu podzięko­wał i uszczęśliwiony księdza Doeringa poklepał po łopatce i powiedział: "Wy kochane dzieci, czemu nie chodzicie do naszego kościoła?". Biskup przy­jechał wkrótce do Leszna i został uroczyście powi­tany również przez ewangelików; biskup i jego du­chowni są znowu skłonni zezwolić na budowę za pieniądze i podarki. Po wielu zabiegach gmina otrzy­mała zezwolenie budowlane, wprawdzie tylko ust­ne. Do pisemnej licencji biskup nie był skłonny. Dnia 26 października 1711 wznowiono budowę. Jednak sam proboszcz już następnego dnia skierował do biskupa coś w rodzaju obietnicy, że w swoim cza­sie złoży inhibicję. Z takimi przerwami przeszedł rok. W roku 1714 został kościół do trzy czwartych wy­sokości pobudowany. Tu wyniknął bardzo ostry pro­test nowego biskupa i mimo przeciwności i wszyst­kich poważnych, dyplomatycznych zabiegów, na­wet zagranicznych władców, nie można było na pol­skim gruncie nic zrobić. Trzeba było jednak kościo­łowi dać zamierzony kształt. Wykonano wysoki spa­dzisty dach i z obu stron osadzono niższe spady, jak to widać na fotografii kościoła i miasta z 1740 r. Zatem budowa tego kościoła trwała 5 lat, od 1711 do 1716 r.

 

Budowa wieży w 1782 r.

Naturalnie chciałoby się również przyozdobić kościół w wieżę, ale brak tolerancji katolików w Pol­sce przeszkadzał ewangelikom w realizacji tego zamiaru. Prawo do wieży i dzwonów zostało ewan­gelikom zakwestionowane. Ale mimo to, że w la­tach 1718-1755 jeszcze około 30 ewangelickich ko­ściołów zniszczono lub odebrano, leszczynianie no­sili się z nadzieją wzniesienia swej wieży. Sprzyjała temu abdykacja polskiego króla Stanisława Leszczyńskiego, kiedy to hrabia Aleksander Józef Sułkowski przejął społeczność Leszna i poruczył kró­lewskiemu polskiemu budowniczemu, budującemu wspaniały zamek w Rydzynie Karolowi Marcinowi Frantzowi, opracowanie projektu budowy wieży. Ten wykonał rysunek, z którego wynikało, że na istnie­jącej podbudowie wieży osadzi się wąską, masyw­ną część wieży i ostatecznie pełna wdzięku, boga­to wykształcona kopuła, ukoronuje dzieło. Ale urzeczywistnienie pięknego planu nie było do pomyśle­nia. Musiało minąć jeszcze ćwierć wieku, zanim uci­skanym w Polsce ewangelikom wybiła godzina wol­ności. Wpierw możnie nam panującemu Frydery­kowi Wielkiemu trzeba podziękować za to, że wy­mógł w polskim sejmie 5 marca 1768 r, podczas jego niemego posiedzenia, aby przyznał on inno­wiercom prawa na równi z katolikami. Za takie zała­twienie sprawy stali się luterańscy obywatele miasta Leszna bliscy kościołowi w prośbach i modli­twach. Ale nastąpiła znowu niełaskawa chwila, kie­dy to w okamgnieniu w 1776 r. żar ognia większą część miasta obrócił w zgliszcza. Znowu więc kwe­stowali zagraniczni współwyznawcy na pogorzelców i przyjmowali datki na budowę wieży. W przeciągu roku zebrano tyle ofiar i środków, że nastąpił zapał do rozpoczęcia dzieła. Pod nadzorem niezmordo­wanego starszego kościoła dr. medycyny Dionizusa Doeringa i mimo wysokich kosztów, które obli­czono na 24 600 guldenów polskich, wieża została na oznaczoną wysokość pobudowana. Również drewniany hełm został pokryty blachą i osadzony, a cała wieża równo otynkowana. Rok 1778 rozpoczęto dalszymi pracami wstępnymi.

Kolegium kościoła zwróciło się do dziedzica Leszna, hrabiego Antoniego Sułkowskiego, z proś­bą o podarowanie z jego lasów pewnej części drew­na budulcowego. Poniekąd cieszyło go to, że jako dziedzic będzie miał nową ozdobę swego odziedzi­czonego miasta, co zwolni go od podatku, nie mógł jednak spełnić prośby, bowiem istniał dostateczny fundusz kościelny na budowę wieży. Tak więc trze­ba było drewno zakupować w ościennych sąsied­nich lasach i w kolejnych latach stopniowo przygo­towywać do budowy. Jednak gromadzenie go trwa­ło dla gminy za długo. W 1781 r. zawarto porozu­mienie, aby dla członków gminy wyznaczyć cztero­tygodniowe odróbki regularnie wykonywane. Oprócz tego winni oni zadeklarować, że w oznaczonej ko­lejności wykonają ręczną robotę przy budowie. Dzień w dzień było potrzebnych 15 robotników, za­tem w ciągu tygodnia 90. Licząc 20 tygodni przy budowie, uczyniło to 1800 roboczo-godzin chętnych do pracy członków gminy, z których część przyj­dzie dobrowolnie (gratis), a część innych będzie chciała zapłatę. Liczyć trzeba 450 do zapłaty, tak, że każdy chętny obywatel będzie musiał 4 razy przyjść do pracy - tylko murarz i cieśla byliby z ko­ścielnej kasy opłacani. Oprócz tego członkowie gmi­ny przewidzieli w perspektywie, że na budowę wie­ży wpłyną dodatkowe pieniądze z odłożonych na czarną godzinę kwot uzyskanych przez późniejsze sowite wpłaty do oddzielnych skarbon w kościele, które należy znowu zamontować. Stosownie do tego wnet postawiono rusztowanie i zakład murarski mi­strza murarskiego Beyer'a cegłą dostarczaną z wła­snej, kościelnej cegielni w szybkim tempie wzniósł mury wieży na odpowiednią wysokość. Następnie mistrz ciesielski Christian Monniert podjął się wznie­sienia hełmu wieży i do 9 września 1782 r. wieża była gotowa do pokrycia. Ślusarz Stein przystąpił do pokrycia wieży blachą. Natomiast 15 września tego roku osadzono na wieży miedzianą kulę. W niej umieszczono dokumenty napisane przez pa­stora Lampnera w języku łacińskim, w których opi­sał on w krótkim zarysie rozwój gminy i wieży wraz z życzeniami dla miasta i gminy długiego i szczęśli­wego rozwoju. Wraz z przedmiotami włożonymi w 1677 r., włożono do kopuły wieży liczne uratowane przy pożarze w 1707 r. stare monety i fotografie wi­dowisk scenicznych. W kopułę włożono także mo­nety będące wówczas w obiegu. Szczególną uroczystością było zawieszenie 4 dzwonów, z których 3 zostały odlane przez ziemianina Kaliefe i wcią­gnięcie ich do nowej wieży kościelnej. Nad nimi po­stanowiono pomodlić się słowami: "Litościwy i Sza­nowny Ojcze - uchroń nas od szkód pożarów, któ­reśmy już tak często doświadczyli, od tego pusto­szącego nieszczęścia i zostaw te straszne ciosy bijącym dzwonom, aby one już więcej nie zadrżały i nie dygotały". Opis Leszna z czasów z przed 1790 r. ukazuje kościół p.w. Świętego Krzyża jako ozdobę miasta. Strojnie i wspaniale króluje ta wieża nad in­nymi wieżami kościołów i ratusza, serdeczną wdzięcznością! zadośćuczynieniem cieszy z ukoń­czonego dzieła i wystrojonego Domu Bożego.

Nieszczęścia kroczą jednak szybko. Tylko 7 lat trwała radość z wieży i kościoła. Odwieczny wróg miasta, niszczący ogień, wybuchł na nowo i położył znowu miasto odłogiem. Dnia 2 czerwca 1790 r., na kwadrans przed 12 w południe, wybuchł pożar w tylnym budynku przy dużym Rynku i w panoszą­cych się kłębach dymu w kilka chwil cały Rynek z ratuszem stanął w ogniu. Panująca od tygodni nie­zwykła susza sprzyjała temu, że ogień wkrótce opa­nował wszystkie główne uliczki miasta, a wylęknieni mieszkańcy błagali o oberwanie chmury z nieba. Już o godzinie 3 po południu leżało całe miasto i wieś Leszczynko w pełnym popiele tak, że niewiele więcej aniżeli 12 budynków obok reformowanego kościoła i gimnazjum wewnątrz miasta pozostało. W zgliszczach legło około 1500 domów z wszystkimi publicznymi budynkami i całkiem od nowa po­budowanym ratuszem, kościół katolicki stracił dach i wieżę, synagoga była spalona, a gmina luterańska obok swojej szkoły z wszystkimi trzema budyn­kami gminy, trzema budynkami nauczycieli, dwo­ma szpitalami i innymi budynkami straciła swój pięk­ny kościół, który legł w zgliszczach. Dopiero co zbudowana wieża była całkowicie wypalona, cała gór­na budowa tak daleko jak składała się z muru pru­skiego była zburzona. Również mocna murarka miejscami, zwłaszcza od strony północnej, prawie do samej ziemi z góry na dół była wypalona i legła w gruzach. Wnętrze kościoła było wielkim rumowi­skiem i kupą gruzu. Przed tym ogromnym nieszczę­ściem stanęły miasto i gmina zniechęcone i bez­radne. Bogactwo ludności było oddalone na niezna­ny czas, kościoły były bez majątku, a to co jednost­ki posiadały i nabyły, utraciły w tym strasznym ogniu. Bezdomni luterańskiej gminy zwrócili się o pomoc do siostrzanej reformatorskiej gminy, która z peł­nym zrozumieniem i współczuciem użyczyła im ich kościół do współużywania i przez 15 lat gmina dziękczynnie z tego użyczenia korzystała. Bezsprzecz­nie ten czas wspólnego korzystania z jednego Domu Bożego przyczynił się do pokrzepienia duchowej jed­ności między obiema gminami.

 

Czwarty kościół

Wielkie i prawie niewykonalne dla zdziesiątko­wanej i zupełnie zubożałej gminy było zadanie, by znowu swój kościół odbudować. Słano znowu bła­galne prośby do wszystkich współwyznawców i władców ewangelickich krajów o zezwolenie na zbie­ranie datków. Król Prus zezwolił na przeprowadze­nie powszechnej zbiórki po domach i kościołach w swoim państwie. Król Danii udzielił jednorazowej pomocy w wysokości 500 dukatów, a król Anglii ofia­rował 300 dukatów. Do 1793 r. wpłynęło mniej wię­cej 35 000 polskich guldenów jako pomoc na odbu­dowę kościoła. Ale wobec ogromnych strat, które sama gmina obliczyła na 100 tysięcy talarów, ze­brana suma nie wystarczyła. Wprawdzie rozpoczęto 1 maja 1793 r. zakładanie 4 masywnych filarów, ale fundusze miały się wkrótce ku końcowi. W ten tyl­ko sposób można było budować, i to z dłuższymi przerwami, każdorazowo po zebraniu nowych dat­ków. W okresie od 1796 do 1801 r. nie robiono nic na budowie. Nawet uzasadnienie pomocy skierowane przez Magistrat do powstałego w międyczasie rządu pruskiego nie znalazło posłuchu i dlatego mieszkańcy na zebraniu w dniach 29 i 30 maja 1801 r. zdeklarowali się na dalszą odbudowę kościoła przez dobro­wolne opodatkowanie się. Ten niezmierny mozół do­prowadził do tego, że w niedzielę Świętej Trójcy 9 czerwca 1805 r. nastąpiło uroczyste poświęcenie kościoła. Ale odbudowa była jednak jeszcze długo j nie skończona. Szczególnie po niespokojnych cza­sach wojny o niepodległość nastąpił pokój i można było stopniowo ruszać z zakończeniem prac w ko­ściele Przyczynił się do tego także superintendent Grabig, którego znali jeszcze najstarsi mieszkańcy naszej gminy, a który większość swych zarobków i zasobów finansowych przeznaczał na kościół. Zo­stawił on następnym pokoleniom w dobrym stanie to, co jako biedny w najwyższym stopniu, nabył. Kie­dy objął pracę w urzędzie, gmina była bardzo ob­ciążona długami. Przy swoim podziale zostawił jej, dzięki przezorności i rozsądnemu zarządzaniu, ma­jątek. Nie tak dawne wydarzenia są jeszcze we wszelkich wspomnieniach. W jesieni 1878 r. dach został pokryty angielskim łupkiem. W 1896 r. ko­ściół został gruntownie odnowiony. A teraz stoimy przed ostatnim czynem - wykończeniem wieży, któ­ra od ostatniego pożaru została nakryta prowizorycznym dachem. Stało się to możliwe dzięki wspaniałodusznej fundacji dwóch starszych leszczynianek, pań żyjących teraz we Wrocławiu - panny i pani Bensch. dzięki którym cały piękny gmach kościoła został zwieńczony wspaniałą wieżą. Dla niektórych członków naszej gminy wykończenie wieży jest upragnioną i wytęsknioną chwilą. Ze smutkiem wspominali czas w którym trudzili się i wybłagali to dzieło, a gotowi są iść tam, dokąd wieża wskazuje im drogę: do wieczności. Wieża ma nam i przy­szłym pokoleniom po wsze czasy Niebo jako Palec Boży wskazywać. Niech groźby dawnych czasów, pożarów, powodzi, morowego powietrza, groźby wojny znikną na zawsze! Niech wieża stale patrzy jak gmina wznosi się w pokoju, a całe miasto w do­brobycie szczęśliwie się rozwija!

 

Taki jest koniec tej niezwykłej historii, l rzeczy­wiście, dziś po wielu latach wieża stale patrzy jak rozwija się miasto, które od strony Rydzyny graniczy z lasem rydzyńskim, połączyło się z Gronowem, a do Święciechowy nie ma już 5 km.