Autor

ZS

Tytuł

Incydent na balu maskowym

Źródło

ABC 28.01.2003

Uwagi

 

 

     Bal sylwestrowy w „Grodach Leszczyńskich”, czyli restauracji ogródkowej, znajdującej się w miejscu dzisiejszego kompleksu handlowego „Manhattan”, zapowiadał się w 1924 roku nader obiecująco. Plakaty przedstawiały tańczącą parę w maskach, pod rysunkiem zaś restaurator ogłaszał, że będzie to „Bal maskowy dla wysokiego towarzystwa”. Osoby bez przebrania nie będą wpuszczane na salę, ale gdy ktoś nie ma stroju, będzie mógł go wypożyczyć na miejscu, oczywiście za dodatkową opłatą. Bufet miał być obfity, orkiestra doborowa – Mariana Frąckowiaka, a w trakcie balu prawdziwe atrakcje. Dodajmy, że oprócz plakatów organizator rozesłał jeszcze osobne zaproszenia. Bal był niby zamknięty, ale dostępny dla każdego średnio zamożnego obywatela.

     I wszystko odbyłoby się chyba tak, jak zapowiadały ogłoszenia, gdyby nie przypadek, który sprawił, że znany leszczyński kupiec bławatny Feliks B. i Alfons K. – urzędnik państwowy ze starostwa, ubrali się w takie same kostiumy. To znaczy obaj ubrali się po turecku i udawali Ali Babę, tego od czterdziestu rozbójników. Ujrzawszy się nawzajem na sali o godzinie dziesiątej obaj panowie, mimo że dotąd sobie nieznani, od razu zapałali do siebie niechęcią. Na dodatek żona pana Feliksa po kilku kieliszkach słodkiego likieru, stawianego przez fabrykanta Jana Góreckiego, zaczęła się wyraźnie za swobodnie zachowywać, myląc męża z tak samo ubranym „gościem”, który widać bardzo jej się spodobał, bo był szczuplejszy od prawowitego małżonka. Pan Feliks długo znosił zachowanie żony, ale w końcu wpadł na pomysł, że pójdzie do przebieralni i tam wypożyczy sobie inny strój.

     Dokonał on, jak się później okazało, niezbyt udanego wyboru, bo przebrał się za „świnkę reklamową”, jaką w tamtych latach rzeźnicy wystawiali w oknach wystawowych. Tak więc pan Feliks zjawił się na Sali ponownie, tym razem z maską prosiaczka na twarzy i chciał dyskretnie pokazać swe oblicze żonie, aby ta więcej nie adorowała obcego mężczyzny. „Turek” tymczasem zasmakował widać w karesach pani B., bo gdy legalny mąż wrócił do stolika, zauważył, że ściska on jego połowicę i bierze się za całowanie, chociaż do północy brakowało jeszcze pół godziny.

     O dwunastej wszyscy zaczęli padać sobie w objęcia, orkiestra grała tusz, a pan Feliks częściowo zdjął maskę, aby uprzytomnić żonie, że teraz występuje w innym przebraniu. Jednak w tym momencie, Ali Baba odepchnął pana Feliksa brutalnie i powiedział coś obraźliwego. Panowie zaczęli się przepychać i wyzywać, jak dokładnie, nie wiadomo, bo panował okropny hałas. Tyle że pan Feliks dosłyszał jednak, iż ma zabrać swój brudny ryj od pani B. W tej sytuacji rzucił się do ataku i panowie zaczęli się tłuc, jak na pierwszorzędnej, wiejskiej zabawie. Na dodatek orkiestra zagrała jakiegoś zwariowanego fokstrota, a ktoś zgasił światło. Ta atrakcyjna bijatyka trwała więc przez chwilę w całkowitych ciemnościach. Gdy zapalono światło, pan Feliks doznał wielkiego uszczerbku na honorze. Stał bowiem pośrodku Sali, dobrze widoczny z każdego kąta, wszyscy mu się przyglądali, a on ukazał się balowiczom z poszarpaną maską na twarzy, która mu się tak nieszczęśliwie ułożyła, że w miejscu ust miał rzeczywiście „świński ryj”.

     Była to sensacja w Lesznie, bo panowie chcieli się procesować. Ale mecenas Cz. Kaniasty wyperswadował im to mówiąc, że żadna sądowa satysfakcja nikomu się nie należy, a mogą jeszcze stać się tematem kolejnych plotek. W końcu panowie honorowo przeprosili się nawzajem. /ZS/