Autor

Józef Stawiński

Tytuł

Ludność Leszna podczas okupacji

Źródło

Przyjaciel Ludu III(XXI) 1989

Uwagi

 

 

Z wojny powróciłem do Leszna w końcu października 1939 r. Miasto zastałem udekorowane flagami hitlerowskimi. Na słupach ogłoszeniowych rozlepione były liczne obwieszczenia („Bekanntachtung") w języku niemieckim. Niektóre - w języku niemieckim i polskim - nawoływały ludność polską do: natychmiastowego podejmowania pracy w dawnym zakładzie, obowiązkowego rejestrowania się w Arbeitsamcie (urzędzie pracy) oraz meldowania się wszystkich wojskowych powracających z wojny w urzędzie policyjnym i zdawania tam mundurów wojskowych, broni, amunicji radia i aparatów fotograficznych. Od chwili zarejestrowania się wszyscy byli wojskowi mieli obowiązek stałego meldowania się na policji.

          Wśród Polaków panowała wówczas atmosfera wielkiego przygnębienia, przerażenia i niepewności jutra. Wszyscy żyli pod wrażeniem codziennych aresztowań i przeprowadzonej ostatnio publicznej egzekucji w dniu 21 października 1939 r. przy placu Kościuszki, w której zginęło dwudziestu Polaków. Zwłoki rozstrzelanych wywieziono za miasto i wrzucono do rowów przeciwpancernych, które zrównano z ziemią. W tym samy dniu odbyły się podobne egzekucje w Osiecznej i Włoszakowicach. Dochodziły nas również wieści o egzekucjach ze Śmigła, Kościana, Gostynia, Krobii, Śremu i innych miejscowości.

          Jakby na urągowisko wisiały jeszcze w Lesznie afisze z okresu wkraczania wojsk niemieckich obwieszczające, że „Siły Zbrojne nie widzą w ludności cywilnej swego wroga". Zaprzeczeniem tych zapewnień były dalsze, codzienne aresztowania i zabieranie zakładników pod pozorem zapewnienia bezpieczeństwa żołnierzom i ludności niemieckiej. Leszczyńskie więzienia nie mogły wówczas pomieścić wszystkich aresztantów i dlatego wysyłano ich na Śląsk, jak podaje w swym piśmie landrat von Baumbach, piszący do swych władz zwierzchnich.

          Po serii egzekucji publicznych na pokaz nastąpiły liczne, niejawne mordy masowe dokonywane nocami w lasach rydzyńskich i henrykowskich. W czasie całej okupacji krążyły uparcie i w sekrecie wieści o mordach dokonywanych przez gestapo w lasach, a znikanie z więzień najbliższych zdawało się potwierdzać ich prawdziwość. Jednak dopiero po wojnie wykryto masowe groby w lesie rydzyńskim, w których znaleziono 339 ofiar mordu. W 1947 r. z inicjatywy Stronnictwa Demokratycznego odbyła się ekshumacja i uroczyste pochowanie zwłok obok mogiły pomordowanych przy plantach naprzeciw cmentarza katolickiego. Lasy te kryją chyba jeszcze inne nie wykryte miejsca zbrodni. Na przełomie 1943/44 r. pracownik kolejowy Marcin Giglewicz, pełniący wtedy funkcję kierownika „Bahnzugu" (specjalny pociąg przeznaczony do zaopatrzenia budowlanego rozbudowującego się dworca kolejowego), codziennie stykał się z pracującymi tam Żydami. Od nich dowiedział się, że kilku Żydów zabrano do lasu henrykowskiego. Tam odkopali oni jakiś masowy grób i polali go ropą, paląc znajdujące się tam zwłoki. Następnie teren zrównano z ziemią, zasypując liśćmi i gałęziami. Po pewnym czasie obóz żydowski został w Lesznie zlikwidowany, a wszyscy Żydzi wywiezieni.

          Udało mi się uzyskać bardzo ciekawą relację, dotyczącą więźnia Czesława Fabiańczyka z Ziemnic-Górki, któremu udała się ucieczka z egzekucji z lasu rydzyńskiego. Relację tę zdobyłem od Marii Francuszkiewicz - emerytowanej nauczycielek z Ziemnic, ponieważ u jej rodziców Czesław Fabiańczyk po ucieczce z lasu przez dłuższy czas się ukrywał.

          A oto jej relacja:

          „Nocą, dnia 9 listopada 1939 r., Czesław Fabiańczyk został wraz ze współwięźniami (razem 15 osób) pod eskortą wywieziony z więzienia leszczyńskiego do lasów rydzyńskich. W lesie polecono im zejść z samochodu i trzymać piątki, trzymając się. za ręce. Czesław Fabiańczyk był w ostatniej piątce. Przy jej formowaniu ociągał się udając, że robi coś przy bucie. W pewnym momencie skoczył w gęsty las i uciekał. Ciemna noc była jego sprzymierzeńcem. Został wówczas ranny w prawą rękę. Tej samej nocy poszedł do rodziny Grzywarczyków, gospodarzy spod Leszna i tu otrzymał pierwszą pomoc. Ponieważ mąż Grzywarczykowej został zabrany jako zakładnik, Fabiańczyk nie mógł tutaj dłużej pozostać. Udał się więc nocą do Drzeczkowa do kuzyna Zeiskiego, który przewiózł go później na folwark Pustepole do znajomych. W dniu 21 listopada 1939 r. ojciec Czesława przyszedł do mego ojca - Władysława Francuszkiewicza z prośbą, aby syna ukryć w naszym gospodarstwie, leżącym nad jeziorem, na tak zwanym „odludziu". W dniu 22 listopada wieczorem okrytego chustą przewieziono go pod wieś, skąd przez pola wraz ze swym ojcem przybył do naszego domu. Tutaj pozostał do połowy lipca 1940 r. Jego leczeniem zajął się mój brat. Władysław, lecząc go środkami domowymi. Wkrótce też zostaliśmy wywiezieni do GG. Czesław Fabiańczyk przedostał się również do GG i tam pod przybranym nazwiskiem, jako parobek wyjechał do Niemiec na prace rolne. Po wojnie powrócił do Ziemnic-Górki, później został prezesem GS w Osiecznie. Zmarł w 1970 r.

          Z początkiem grudnia 1939 r. rozpoczęto na terenie ówczesnego powiatu leszczyńskiego akcję wysiedlania Polaków. Pod osłoną nocy lub w bardzo wczesnych godzinach rannych trzech uzbrojonych w karabiny Niemców (w tym dwóch VD) krzykami i waleniem do drzwi dobijało się do śpiących rodzin, polecając wszystkim ubrać się i opuścić własne mieszkanie. Wśród zamieszania, płaczu i krzyku „Loss! loss!" (dalej, dalej), każdy pakował trochę ciepłej odzieży i w ciągu 5-10 minut musiał opuszczać swój dom rodzinny. Opuszczone mieszkanie opieczętowywano, a ludzi konwojowano do punktu zbiorczego, którym w opisanym wypadku była Szkoła Dokształcająca Zawodowa przy pl. dr. Metziga.

          W ciągu kilku dni zwożono też do owej szkoły - na wozach gospodarskich - rodziny wywłaszczone ze wsi. Wśród przywiezionych znajdowali się moi rodzice z Górki Duchownej (ojciec 72 lata, matka 68 lat) oraz siostra z trojgiem małoletnich dzieci (męża jej Stanisława Hojaka zabrało gestapo i już nigdy nie wrócił). Tu również spotkałem mego przyjaciela Józefa Stępczaka, nauczyciela z Zaborówca wraz z rodziną. 9 grudnia 1939 roku ruszył z Leszna pierwszy transport wysiedleńców. Pod eskortą policji, S.A. i VD w kolumnie przeprowadzono ludzi na dworzec i w zatłoczonych wagonach wywieziono do Tomaszowa Mazowieckiego. W latach 1940 i 41 wysłano z Leszna jeszcze dalsze transporty. W późniejszych okresach wysiedlonych nie przewożono bezpośrednio do GG lecz do Łodzi (Litzmannstadt). Tam bowiem utworzono centralny obóz segregacyjny i skierowywano wysiedlonych na roboty rolne lub do fabryk w Niemczech. Zdarzały się wypadki, że z braku rąk do pracy, skutkiem starań tutejszych Niemców, mogli niektórzy z wysiedleńców wrócić z Łodzi do Leszna, pod warunkiem, że zamieszkają u pozostałych członków rodziny, ponieważ straconego mieszkania odzyskać nie mogli. Opuszczone przez Polaków posiadłości wraz z całym dobytkiem zabierali bowiem Niemcy ze Starego Reichu lub Volksdeutsche.

          Od tego czasu żyliśmy w stałej niepewności jutra. W każdym polskim mieszkaniu stały przygotowane worki z najpotrzebniejszą odzieżą i kromkami zasuszonego chleba. Taki bagażowy worek miał przygotowany każdy członek rodziny, nie wyłączając dzieci. ,.Stan alarmowy" i pogotowie trwały wśród Polaków w okresie największego nasilenia wysiedleń w latach 1939—1943.

          W miarę zdobywania przez wojska hitlerowskie terenów wschodnich sprowadzano do naszego powiatu i miasta rodziny niemieckie z krajów nadbałtyckich (tzw. Baltendeutsche) i z Rumunii (Rumeniendeutsche), których nieraz wbrew ich woli, (tak twierdzili) osadzano na wywłaszczonych polskich gospodarstwach. Gdy dla sprowadzonych zabrakło gospodarstw wtedy zabierano je kolejnym Polakom, których przesiedlano do innych powiatów lub jako służbę folwarczną wysyłano do Niemiec do gospodarstw rolnych. Wywłaszczani byli również polscy rzemieślnicy, właściciele domów, kupcy, ogrodnicy, a ich posiadłości przekazywano do Treűhandstelle (Urząd Opieki nad Mieniem). Kierownikiem placówki handlowej, warsztatu rzemieślniczego, ogrodów mogli być tylko Niemcy, a Polacy pracowali tam jako siła robocza, często prześladowana przez swych szefów.

          Inną powszechnie formą udręki tak w mieście jak i na wsi było przesiedlanie Polaków na gorsze mieszkania. Wystarczyło, że jakiemuś Niemcowi spodobało się mieszkanie polskie, wtedy bez skrupułów wyrzucano właściciela, a całe mieszkanie wraz z całym dobytkiem zabierali Niemcy. Przy tej okazji często łączono po dwie rodziny polskie na jednym mieszkaniu, pozbawionym koniecznego wyposażenia. W ten sposób doprowadzano polskie rodziny nie tylko do ruiny materialnej, ale do moralnego i duchowego załamywania.

          Jak podają powojenne statystyki z terenu powiatu i miasta Leszna wywieziono do Generalnej Guberni 7286 osób. Liczba przesiedlonych była na pewno większa. Nie doliczono się bowiem liczby osób wywiezionych bezpośrednio do Niemiec na roboty, ani zaginionych i pomordowanych. Jedno jest pewne, że na skutek akcji wysiedleniowej, przesiedleniowej i szykan władz niemieckich ilość ludności polskiej poważnie zmalała, a my - pozostali tutaj - straciliśmy dodatkowe zaopatrzenie na wsi.

          Oprócz masowych wysiedleń już od początku wojny Niemcy stosowali na naszym terenie wiele innych form szykan i represji.

          Już trzy dni po zajęciu Leszna przez wojska niemieckie - 7 września 1939 roku - przybył ze Wschowy starosta von Baumbach, przy pomocy miejscowych Niemców montując aparat administracyjno-okupacyjny. Rządy swoje rozpoczął surowymi represjami i licznymi aresztowaniami. Sam pisał w swoich raportach: „W więzieniu leszczyńskim przygotowanym na 70 osób znajduje się 140 aresztantów i dlatego dalszych 109 przesyłam do więzienia na Śląsku".

          10 września 1939 r. landratura zorganizowała tzw. Selbstschutz, t j. specjalne oddziały utworzone przez miejscowych Niemców dla samoobrony. Na rynku przed Ratuszem urządzili oni pierwszy Kundgebung (wiec). Wkrótce rozpoczęto zamalowywanie wszystkich napisów polskich, zmienianie nazw ulic i nadawanie nowych nazw polskim wsiom i miasteczkom (zarządzenie Greissera z dnia 29. 9. 1939 r.). Na ulicach i w parkach pozakładano liczne głośniki; przez cały dzień „ryczały" głosząc chwałę niezwyciężonej armii niemieckiej i jej wodza Adolfa Hitlera.

          Na tutejszym terenie nie byli Polacy oznaczani literą „P". Znakiem rozpoznawczym dla Niemców było obowiązkowe pozdrowienie „Heil Hitler" wygłaszane z równoczesnym podniesieniem rąk oraz umundurowanie. Umundurowani byli urzędnicy z Alt Reichu, SS-mani (czarne koszule), SA-mani (żółte koszule), młodzież („Hitlerjugend"). Nie umundurowani Niemcy i VD nosili odznaki partyjne NSDAP, a Niemki mały znaczek hitlerowski (swastyka). Odznaki te miały swoją wymowę, gdyż przypominały, że Niemcy są panami (Herrensvolk), którym Polacy mają obowiązek służyć. Dlatego też wprowadzono u nas obowiązek ustępowania miejsca z chodników i kłaniania się wszystkim Niemcom (mężczyźni musieli zdejmować nakrycia z głowy). Oporni zostawali na ulicy zatrzymywani, bici lub odsyłani na gestapo.

          Od początku okupacji wprowadzono u nas prawodawstwo obowiązujące w Starej Rzeszy. Językiem obowiązującym był niemiecki — tak w urzędach jak i w sklepach. Kto nie znał języka niemieckiego, musiał ze sobą przyprowadzić tłumacza. Niemcom nie wolno było utrzymywać z Polakami żadnych kontaktów towarzyskich, a publiczne chodzenie Niemki z Polakiem było zabronione.

          Z początkiem 1940 r. wprowadzono tymczasowe dowody osobiste, z odciskiem kciuka zamiast fotografii — tzw. FINGERABDRUCK. Zawierały one dokładne dane personalne: imię i nazwisko, datę i miejsce urodzenia, wyznanie, przynależność narodową, wykształcenie, zawód, stopień wojskowy, miejsce pracy oraz odcisk kciuka i własnoręczny podpis. Dowód ten musiał każdy Polak stale nosić i okazywać na wezwanie Niemców. Osoby bez takiego dowodu uważane były za podejrzane lub za szpiegów. Dopiero później zostały wydane przez Arbeitsammt nowe dowody pracy — Arbeitsbuch (książka pracy). Dokumenty te były podstawą do wydawania kart żywnościowych (Lebensmittelkarte). Karty żywnościowe, odzieżowe i na mydło inne były dla Niemców (przydziały większe i lepsze), inne dla Polaków (mniejsze i gorsze). W sklepach Niemcy mieli prawo nabywania towarów poza kolejnością.

Na wszelkie wyjazdy Polacy musieli uzyskiwać zezwolenie z policji - Reisegehnernigung. W pociągu mogli tylko wsiadać do wagonów przeznaczonych dla Polaków (Fűr Polen). Były to stare wagony dawnej klasy czwartej, z przewagą miejsc stojących. Wchodzenie do innych wagonów było zakazane. W oknach restauracyjnych lub w kawiarniach wisiały napisy „Nur fűr Deutsche" (tylko dla Niemców) lub „Polen und Hunden eintritt verboten" (Polakom i psom wstęp wzbroniony). Nawet na ławkach w parku Kościuszki były napisy: „Nur fűr Deutsche" (tylko dla Niemców). Polacy korzystający z rowerów musieli je oznaczać kolorem białym (koniec błotnika koła tylnego i ramę rowerową).

          Wszystkie kościoły w powiecie i Lesznie zostały dla Polaków zamknięte i najczęściej pozamieniane na magazyny. Kościołem parafialnym dla Leszna był mały kościółek w Kaczkowie, 15 km od miasta, w którym odbywało się tylko niedzielne nabożeństwo bez kazania. Nieoficjalnie i potajemnie od czasu do czasu pojawiał się ksiądz Sylwester, który spełniał posługę duszpasterską w prywatnych mieszkaniach. Osobiście korzystałem z takich nabożeństw w mieszkaniu Cecylii Pawelczak, zamieszkałej wówczas przy ul. Bismarckstrasse (obecnie ul. Leszczyńskich 33).

          Władze hitlerowskie zakazywały zawierania wczesnych małżeństw między Polakami. Do 1943 roku dozwolony wiek do zawarcia małżeństwa dla mężczyzny wynosił 25, a dla kobiety 22 lata: Od roku 1943 podniesiono granicę wieku — u mężczyzn na 28, u kobiet na 25 lat.

          Wszystkie polskie dzieci zgłoszone w Standesamcie (Urząd Stanu Cywilnego) od 1943 r. otrzymywały obowiązkowo to samo imię: chłopcy Kazimierz a dziewczynki Kazimiera. Drugie imię wolno było dobrać ze spisu znajdującego się w urzędzie. Była w tym posunięciu ukryta dalekosiężna polityka niemiecka, gdyż chodziło o to, aby w przyszłości rozpoznawać dzieci polskiego pochodzenia.

          Całkowicie pozbawiono nas w czasie okupacji korzystania z polskiej, prasy, radia, kina, książki i rozrywek kulturalnych.

          Wprowadzono na terenie powiatu i Leszna nakaz zdawania książek polskich oraz futer, kożuchów, ciepłych golfów i wełnianych kocy na tzw. pomoc zimową dla żołnierzy („Winter-hilswerk"). Odtąd nikt z Polaków nie pokazywał się w takiej odzieży na ulicy.

          W okresie całej okupacji Polaków obowiązywała Sperrstunda tj. godzina policyjna - od 20.00 do 6.00 rano. Praca była dziesięciogodzinna, a płaca najniższa, według obowiązującej tabeli „Fűr Juden, Zigeuner und Polen" (dla Żydów, Cyganów i Polaków).

          W miarę niepowodzeń wojskowych na wschodzie powiększała się złość i podejrzliwość w stosunku do Polaków. Licznie rozplakatowane afisze propagandowe „Der Feind hőrt mit" (nieprzyjaciel przysłuchuje się też) nakazywały zwiększyć uwagę i podejrzliwość wobec Polaków. Idących ulicą mężczyzn zatrzymywano, rozdzielano i osobno pytano o czym mówili. Gdy odpowiedzi były niezgodne wmawiano im, że spiskują, politykują, bądź też cieszą się z czegoś. „Wybijcie sobie z głowy, Polski już nigdy nie będzie" - takie były najczęściej upomnienia Niemców, wygłaszane z równoczesnym kopnięciem lub pchnięciem. Skutkiem tego przy spotkaniach najpierw ustalono temat, aby w razie zatrzymania odpowiedzi były równe.

          Akcja prześladowcza nasiliła się znacznie w lecie 1944 r. Wtedy to pod przymusem i masowo wywożono kobiety, mężczyzn i młodzież polską do Kopania rowów obronnych na tzw. Einsatzarbeiten. Brutalne szykany, bezustanna niepewność jutra, kłopoty żywnościowe wytwarzały atmosferę nerwowego napięcia i psychicznego podniecenia doprowadzającą niektórych do depresji. Atmosferę tę w pewnym stopniu charakteryzuje nasze codzienne pozdrowienie przy spotkaniu: „Jeszcze żyjesz?". Zdawaliśmy sobie sprawę, że chcąc przetrwać należy wszystko uczynić, aby nie utracić nadziei i nie dopuścić do załamań psychicznych.

          Stara prawda „niedola łączy ludzi" znalazła swe potwierdzenie w silniejszej konsolidacji Polaków w celu utrzymania swego bytu i zachowania polskości. Kłopoty i zmartwienia jednych stawały się udziałem drugich. Bezinteresowna pomoc, słowa pokrzepienia, współczucie i ostrzeganie przed niebezpieczeństwem wytwarzały między nami atmosferę życzliwości i pełnego zaufania. Koniecznym pokrzepieniem były dla nas stale kursujące „dobre wiadomości z drugiej strony". Nic to, ze były one nieraz bzdurne i mało prawdopodobne, ale słuchaliśmy ich chętnie i kolportowaliśmy dalej, ponieważ tliły się w nich iskierki nadziei i wybawienia ze straszliwej okupacji. Szczególnie radowały nas wszelkie niepowodzenia Niemców na froncie, a lakoniczne i niedomówione komunikaty „Oberkoman-do der Wehrmacht" podawane w prasie niemieckiej nauczyliśmy się czytać według prawdziwej ich treści zawartej między wierszami. Stale też krążyły wśród nas przeróżne dowcipy na temat Hitlera i jego najbliższego otoczenia. Wiele rzeczy tłumaczyliśmy sobie „z niemieckiego na nasze". Pamiętam, np., że gmach obecnej szkoły odzieżowej CZSP przy ul. Kurpińskiego był wówczas siedzibą niemieckiej partii „National Sozialistische Deutsche Arbeits Partei". której skrót — NSDAP — lśnił złotymi literami na francie gmachu. Przetłumaczyliśmy go sobie na polskie: „Nasi Są Daleko, Ale Przyjdą". Uparcie też krążyło następujące opowiadanie: W miejscu odbioru węgla dla Polaków pewnego dnia wywieszono kartkę: „Fur Polen, gibt keine Kohlen" (dla Polaków nie ma węgla). Na drugi dzień niewidzialna ręka zawiesiła obok kartkę o następującej treści: „Wir Polen scheissen auf eure Kohlen, Wir sind zu stolz und heizen mit Holz" (my Polacy sramy na wasz węgiel – jesteśmy za dumni i palimy drzewem).

          Z Uznaniem podkreślić muszę, że znaczna większość Polaków wysoko ceniła swą przynależność narodową i mimo ciągłych szykan i przeróżnych zabiegów okupanta potrafiła zachować postawę godną Polaka, nie dając się rozbić i całkowi załamać. Wyjaśnienia wymaga natomiast jeszcze sprawa przyjmowania narodowości niemieckiej przez niektórych Polaków. Przebywając na tutejszym terenie przez cały czas okupacji twierdzę, że żaden Polak nie potrzebował wyrzec się swej polskiej narodowości. Wprawdzie Niemcy, zwłaszcza w późniejszym okresie, proponowali i ułatwiali podpisanie Antragu (wniosku) o przyjęcie Volkslisty (na VD), ale gwałtem do tego nie zmuszali. Najczęściej czynili to ci, którzy chcieli uniknąć wszelkich szykan stosowanych względem Polaków i pragnęli żyć w spokoju i wygodzie. Nie dotyczy to oczywiście osób, które podpisały listę na zlecenie organizacji podziemnej.

          Celem rozbicia i osłabienia grupy osób narodowości polskiej prócz Volksdeutschów stworzono później nowy twór - „Leistungspole" (aktywnie pracujący Polak). Było to coś pośredniego między VD a Polakiem. Niemcy uważali tych ludzi za współpracujących dla dobra Rzeszy i dlatego zostali oni uprzywilejowani lepszą płacą i pracą oraz dodatkowymi kartami żywnościowymi.

          Sporadyczne były wypadki znalezienia się wśród Polaków denuncjatorów. Sąd Specjalny z Poznania na rozprawie w Lesznie zasądził fryzjera Franciszka Kaczmarka z Leszna na karę śmierci przez powieszenie, za współpracę z okupantem w czasie 1939 - 1945 r. Wyrok został wykonany na dziedzińcu sądu w Lesznie.

          Starałem się przedstawić garść faktów i wydarzeń z okresu okupacji w Lesznie w sposób obiektywny. Należą one już wprawdzie do przeszłości, jednak nie tak odległej, a zarazem zbyt ważnej, by o niej można zapomnieć.