Autor

Piotr Bauer

Tytuł

Relacje (21.X.1939)

Źródło

„Egzekucja 21.X.1939” Zarząd Miasta 1994

Uwagi

 

 

WYŚMIEWALI SIĘ Z ŻAŁOBY

Michalina Antoniak z d. Makała. Ur. 27 sierpnia 1905r. w Starkowie pow. Leszno. Wdowa po Ludwiku, zam. w Dłu­gich Starych pow. Leszno. Spisano 19 marca 1974r. w Lesznie.

Mąż mój Ludwik Antoniak był robotnikiem rolnym w majęt­ności Długie Stare, a na rok przed wojną zajmował się dodat­kowo skupem drobiu i nabiału dla jakiejś firmy w Lesznie. Z końcem sierpnia 1939r. został powołany do wojska, udał się do Kościana, ale Komenda Uzupełnień już tam nie działała, więc wyruszył na wschód. Z trojgiem nieletnich dzieci razem z rodzinami robotników majątkowych ewakuowałam się. Po drodze spotkałam męża. Miał jeszcze odwieźć jakiegoś leśnika w okolice Śmigła. Wrócił pieszo do domu 18 października 1939r.

Po niecałej godzinie przyszło kilku uzbrojonych Niemców, którzy zabrali męża do sołtysa Bajera. Pobito go i pieszo przez Święciechowę odprowadzono do więzienia w Lesznie. Dwa dni później z żoną Zapłaty, która znała język niemiecki, wybrałam się do Leszna. Strażnik kazał nam przyjść następnego dnia.

Stawiłam się na ósmą rano. Była sobota 21 października 1939r. Przed więzieniem stał oddział w mundurach wojskowych; pod murem czekały worki z piaskiem; gromadzili się ludzie. Strażnik przy bramie powiedział, żebym na widzenie z mężem przyszła około pierwszej. Ale ludzi przybywało. Ktoś znajomy powiedział, że egzekucja obejmie tylko mieszkańców Leszna, więc uspokoiłam się trochę.

Zostałam. Z więzienia wyprowadzono dziesięciu mężczyzn, trzymających ręce nad głową. Nagle w siódmym z nich rozpoznałam swego męża. Gdy padły strzały straciłam przytomność i upadłam. Zaniesiono mnie na ulicę Kościańską. Gdy przyszłam do siebie - było już po wszystkim.

Wróciłam do Długich Starych. Ciężko się żyło. Miejscowi Niemcy szykanowali mnie. Wyśmiewali, że noszę żałobę, nie pozwalali brać udziału w nabożeństwach w miejscowym koś­ciele. Byłam przygnębiona śmiercią męża. Nie zwracałam się do nikogo o pomoc. 7 grudnia 1939r. wraz z dziećmi zostałam wysiedlona do Tomaszowa Mazowieckiego, gdzie pozostawaliś­my do końca wojny.

 

BICKERICH I KRAMER

Bronisław Grochowiak. Ur. w 1895r. Powstaniec Wielko­polski. Prezes Koła Związków Powstańców Wielkopolskich w Lesznie w 1939r. Właściciel prywatnego biura pisania podań. Działacz narodowy. Więzień Gestapo. Zam. w Lesznie. Spisano 5 maja 1950r. w Lesznie.

18 października 1939r. po południu zostałem aresztowany przez dwóch niemieckich policjantów i osadzony w więzieniu w Lesznie. Zastałem tam już około 30 Polaków z miasta, którzy przed l września brali czynny udział w życiu społecznym i politycznym. Byli to przeważnie członkowie zarządów: Związ­ku Powstańców Wielkopolskich, Polskiego Związku Zachod­niego, Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół", Bractwa Strze­leckiego i Związku Podoficerów Rezerwy...

W piątek 20 października dowiedzieliśmy się, że pod murami więzienia ustawia się worki, celem przygotowania miejsca na egzekucję. W sobotę - 21 października ok. godz. 6- tej zaczęto nas według listy wywoływać i kierować do sądu. Mnie nie wywołano - pozostałem na uboczu. Z rozmów ze współtowarzyszami niedoli, którzy powrócili z sali sądowej dowiedziałem się, że rozprawę prowadziło 3 wojskowych, a ponadto pastor Wolfgang Bickerich i Artur Kramer. Wojskowi byli zupełnie obcy, nie­znani w Lesznie, Bickerich i Kramer - to miejscowi Niemcy, dobrze orientujący się w stosunkach Leszna.

Każdemu z doprowadzanych Polaków z góry oświadczano, że przed wojną należał do takiego czy innego związku polskiego, a więc tym samym jest wrogiem Niemców, gdyż działał na ich szkodę. Kęsickiemu oświadczono, że jest sekretarzem Związku Powstańców i eskortował internowanych Niemców; Bronisławowi Kotlarskiemu, że był prezesem „Sokoła". Do wyjaśnień nie dopuszczano. Cała ta rozprawa trwała około półtorej godzi­ny. Na śmierć skazano i rozstrzelano 20 Polaków...

Egzekucja nastąpiła bezpośrednio po rozprawie. Skazani Polacy zostali odprowadzeni na podwórze więzienne, a stamtąd dziesiątkami z podniesionymi rękami pod mury więzienne. Proboszcza katolickiego z Leszna księdza doktora Abta nie dopuszczono do udzielenia skazańcom ostatniej pociechy reli­gijnej i Sakramentów św...

 

„KOLEDZY"

Bolesław Hańca. Ur. 31 sierpnia 1924r. w Lesznie. Brat Zygfryda. Zam. w Poznaniu. Spisano 13 marca 1975r. w Po­znaniu.

Nasz ojciec miał przed wojną w Lesznie zakład stolarski. W domu było 9 dzieci, pięć córek i czterech synów. Byłem wtedy na wakacjach w Inowrocławiu, do domu wróciłem w końcu listopada 1939r. O szczegółach aresztowania i zamordowania brata mego Zygfryda dowiedziałem się od rodziny.

Został on zatrzymany przez młodych Niemców, rówieśników i kolegów, którzy służyli w niemieckiej policji pomocniczej. Zabrano go z ulicy, przed domem i wciągnięto do niemieckiego warsztatu ślusarskiego przy ul. Zakątek. Tam poturbowano i odprowadzono do więzienia. Matka była obecna przy egzekucji 21 października 1939r. Nie zdołała rozpoznać wśród wyprowa­dzanych na rozstrzelanie swego syna.

W grudniu 1939r. rodzina została wysiedlona z mieszkania i wysiedlona do Tomaszowa Mazowieckiego. Bezpośrednio przed wysiedleniem wrócił do domu ojciec, który był więziony jako zakładnik w budynku gimnazjum przy Placu Kościuszki.

Nie wysiedlono z nami brata - Zygmunta. Aresztowano go w połowie września 1939r., osadzono w więzieniu w Rawiczu i przekazano do obozu koncentracyjnego Buchenwald, gdzie przebywał do końca wojny.

 

LOS BURMISTRZA

Grażyna Janusz z d. Opatrna. Ur. l czerwca 1939r. w Lesz­nie. Córka Mieczysława. Zam. w Lesznie. Spisano 19 marca 1975r. w Lesznie.

Ojciec mój Mieczysław Opatrny prowadził przed wojną w Le­sznie prywatną kancelarię adwokacką. Był działaczem społecz­nym i narodowym, członkiem Polskiego Związku Zachodniego. W obliczu wybuchu wojny stanął na czele miasta jako tym­czasowy burmistrz. Matka i ja ze starszą siostrą wyjechaliśmy samochodem do Środy. Ojciec pozostał w Lesznie dłużej i póź­niej ewakuował z wojskiem. Ostrzeżono go, by nie wracał, ale oświadczył, że ma spokojne sumienie i przyjechał. Przez jakiś czas mieszkał u swej matki na ul. Kąkolewskiej i obserwował bieg wydarzeń. Został zauważony przez pewnego Niemca, zadenuncjowany i aresztowany kilka dni przed egzekucją. Siedział w więzieniu w Lesznie, a matka - mimo starań - nie uzyskała z nim widzenia.

Jedyną wiadomością od ojca był gryps z 21 października 1939r., przesłany potajemnie za pośrednictwem Polaka - pieka­rza zatrudnionego w więzieniu. Do pisma załączony był spisany ręcznie testament. Pisząc, ojciec widocznie wiedział, że będzie stracony. O egzekucji mówiono w Lesznie już poprzedniego dnia. Matka czyniła dramatyczne starania u miejscowych Nie­mców o zwolnienie ojca lecz okazało się to bezskuteczne. Matka nie oglądała egzekucji, słyszała jednak strzały, mieszkaliśmy bowiem blisko więzienia. Wiadomość o tym, że ojca również stracono - przynieśli znajomi, którzy byli świadkami rozstrzela­nia.

W początkach grudnia 1939r. matkę wraz ze mną i starszą siostrą wyrzucono z mieszkania i wysiedlono do Tomaszowa Mazowieckiego, gdzie pozostaliśmy do końca wojny.

 

ZA POLSKĘ

Władysław Kotlarski. Ur. 17 czerwca 1928r. w Lesznie. Syn Bronisława. Zam. w Lesznie. Spisano 19 marca 1975r. w Lesznie.

Ojciec mój Bronisław prowadził przed wojną w Lesznie sklep z materiałami. Rodzina nasza - poza nim - składała się z matki i czworga nieletnich dzieci. Ojciec był bardzo aktywnym działa­czem wielu organizacji w Lesznie; jednym z założycieli Banku Ludowego, Powstańcem Wielkopolskim, prezesem „Sokoła". Zmobilizowany do Pleszewa, nie zastał tam swojej jednostki, ruszył w jej poszukiwaniu i znalazł się w Warszawie. Tam zgłosił się do dyspozycji pułkownika Siudy, którego znał osobiście. Tam też odnaleźliśmy ojca, bo cała rodzina wyjechała w kierun­ku stolicy. Po kapitulacji - razem z ojcem - pod koniec września 1939r. wróciliśmy do Leszna.

W jakiś czas później ojciec został aresztowany przez policjanta i doprowadzony do więzienia. Matka nie uzyskała zezwolenia na widzenie się z nim. Za pośrednictwem piekarza z Leszna Andrzeja Paryska, który był zatrudniony w więzieniu, ojciec przesłał potajemnie cztery grypsy. W ostatnim żegnał się z nami w przekonaniu, że zostanie stracony. List ten zdążył napisać już po odczytaniu mu wyroku sądu. Pisał, że „ginie za Polskę".

Po ojcu matka nie otrzymała żadnych rzeczy osobistych. W listopadzie 1939r. zostaliśmy wyrzuceni z mieszkania. Ta pierwsza akcja wysiedleńcza nie była jeszcze zorganizowana, więc udaliśmy się do Kąkolewa, stamtąd skierowani zostaliśmy później na przymusowe roboty do Starej Rzeszy i tam byliśmy do końca wojny.

 

POWRÓT PO ŚMIERĆ

Urszula Lotterhoff z d. Michalak. Ur. 27 sierpnia 1933r. w Lesznie. Córka Feliksa. Zam. w Poznaniu. Spisano 13 marca 1975r. w Poznaniu.

Ojciec mój - Feliks Michalak mieszkał w Lesznie. Był kupcem z zawodu, prowadził sklep galanteryjny, później wytwórnię dziewiarską. W związku z wybuchem wojny nasza rodzina się ewakuowała. Z matką i młodszym bratem wróciliśmy wcześ­niej, ojciec jakiś czas pozostawał poza Lesznem. Mama ostrzeg­ła, że Niemcy o niego pytają, a mimo to wrócił. Niezwłocznie został zatrzymany.

Ludzie mówili, że widzieli jak policjant prowadził ojca do więzienia. Matka otrzymywała stamtąd potajemne listy. W osta­tnim pisał, że będzie rozstrzelany, prosił mamę o opiekę nad dziećmi. Nasze mieszkanie znajdowało się blisko więzienia. W chwili egzekucji słyszeliśmy strzały. O śmierci ojca dowie­dzieliśmy się z opowiadań znajomych.

W początku grudnia 1939r. - z matką i młodszym bratem, który miał niecały rok - wysiedlona zostałam do Tomaszowa Mazowie­ckiego.

 

URZĘDNIK MAGISTRACKI

Stanisława Nowicka z d. Adamska. Ur. 14 kwietnia 1894r. w Żakowie pow. Leszno. Wdowa po Janie. Zam. w Poznaniu. Spisano 13 marca 1975r. w Poznaniu.

Mąż mój Jan Nowicki pracował od 1920r. w Zarządzie Miejs­kim w Lesznie, ostatnio na stanowisku starszego sekretarza. Był też społecznie sekretarzem Polskiego Związku Zachodniego. Wraz z wybuchem wojny - z innymi rodzinami urzędniczymi - ewakuowani byliśmy z miasta. Wróciłam z dziećmi wcześniej. Mąż dowiedział się, że jest poszukiwany przez Niemców, za­stanawiał się, ale wrócił do Leszna w początku października 1939r. i na wyraźne wezwanie zgłosił do pracy. Dwa tygodnie pracował w miejskim biurze meldunkowym w Lesznie.

Wieczorem 17 października 1939r. zabrano go z domu. Aresz­towano wtedy większą liczbę osób, zebrano najpierw w magist­racie, później osadzono w więzieniu. Na odwiedziny nie otrzy­małam zezwolenia. Nie byłam też przy egzekucji. Tragiczną wiadomość przyniosła mi siostra, która opowiadała, że mąż mój nie zginął od pierwszej salwy lecz musiał być dobity.

W listopadzie 1939r. z dwojgiem dzieci wyrzucona zostałam z leszczyńskiego mieszkania, a w grudniu 1939r. - wysiedlona z Leszna do Tomaszowa Mazowieckiego.

 

NIE ZDĄŻYŁ...

Joanna Osiecka z d. Nowak. Ur. 10 sierpnia 1925r. w Rawi­czu. Córka Władysława. Zam. w Lesznie. Spisano 19 marca 1974r. w Lesznie.

Przed wojną wraz z trojgiem rodzeństwa ojciec wywiózł mnie do ciotki w Żabikowie. Rodzice zostali w Lesznie. Któregoś dnia ojciec przyjechał po nas wozem i zabrał do domu. Rozpoczęła się okupacja - znane już były masowe aresztowania Polaków. Tato miał zamiar opuścić Leszno z całą rodziną. Na przeszkodzie stanęła ciężka choroba dziadka, który uległ paraliżowi. Szybko, bo w paź­dzierniku 1939r. pozbawiono nas mieszkania, a ojca - całego przedsiębiorstwa (był właścicielem restauracji, hotelu i kina). Za­mieszkaliśmy u dziadków. Wtedy - widząc co się dzieje - ojciec zdecydował wyjechać do Generalnego Gubernatorstwa i przygoto­wać tam grunt pod nasze przeniesienie. Nie zdążył tego wykonać.

Noc przed projektowanym wyjazdem -18 października 1939r. do mieszkania wtargnęli uzbrojeni Niemcy i ojca zabrali. Matka następnego dnia uzyskała widzenie. Trwało z 5 minut, na podwórzu więziennym, pod okiem strażnika. Dostarczyłyśmy ojcu kożuszek i przybory do golenia, o które prosił, przesyłając list tajemną drogą. Byłam tam z mamą. Tatuś był ogromnie odmieniony, trudno było z nim rozmawiać, płakał.

Przy wręczaniu mamie przepustki - zapewne na policji - powiedziano, że istnieje możliwość uwolnienia ojca, jeśli poręczą za nim miejscowi Niemcy. Mieliśmy znajomych, z któ­rymi ojciec prowadził interesy i którzy byli częstymi klientami zakładu ojca m.in. rzeźnik P. oraz ogrodnik K. Mimo usilnych próśb nie podpisali odpowiedniego pisma. Mama uzyskała natomiast zgodę na następne widzenie na 21 października 1939r. Byłyśmy tam wcześnie rano, ale kazano nam przyjść później. Przed więzieniem byłam wraz z mamą i rodzeństwem. Wi­działam wojsko, samochody ciężarowe, mur obłożony workami z piaskiem. W wyprowadzonych dwóch dziesiątkach - z daleka - nie byłam w stanie rozpoznać ojca. Podniesione ręce zasłaniały twarze. Ale jeszcze tego samego dnia wszystko było wiadomo...

 

PARODIA ROZPRAWY

Marcin Rydlewicz. Ur. 14 lipca 1919r. w Nysie. Zam. w Lesz­nie. Działacz harcerski. Więzień leszczyńskiego Gestapo i Fo­rtu VII w Poznaniu. Świadek egzekucji. Spisano 6 lipca 1967r. w Lesznie.

W drugiej dekadzie października 1939r. zostałem aresztowany w Lesznie przez dwóch Niemców, ubranych po cywilnemu. Odstawiono mnie do budynku policji (Schutzpolizei), gdzie zostałem pobity, następnie odprowadzono mnie do więzienia przy Placu Kościuszki w Lesznie.

21 października 1939r. przyjechał do Leszna sąd policyjny i urządził się w budynku sądu przy Placu Kościuszki, obok naszego więzienia. Wzywano nas po czterech. Stanąłem przed sądem razem z profesorem Bolesławem Karpińskim, Stanisławem Migdalewiczem i Zygfrydem Hańcą. Zespół tworzyło trzech oficerów w czarnych mundurach SS. Nazwisk, ani stopni nie znam. Byli młodzi, gdzieś w wieku 30 lat. Jakiś podoficer, funkcjonariusz SS, protokółował rozprawę na maszynie. W ob­radach tego sądu, w chwili kiedy ja byłem na sali, brali udział pastor z Leszna Wolfgang Bickerich (junior) oraz niemiecki siodlarz Klupsch z Leszna. Oni wydawali opinie o aresztowa­nych. Spełniali właściwie rolę oskarżycieli.

Przewodniczący, po sprawdzeniu personaliów, powiedział, że jestem oskarżony o wrogość w stosunku do Niemców. Wyjaś­niłem, że niczego złego Niemcom nie uczyniłem; jako monter - elektryk odnosiłem się do nich zawsze grzecznie. Powołałem się, że na plebanii pastora Bickericha naprawiałem oświetlenie i za pracę tę nie wziąłem ani grosza, choć chciał mi dać 5 złotych. Było to na dwa, może trzy tygodnie przed wojną. Zrobiłem gest w kierunku siedzącego za stołem pastora - kiwnął głową potakująco. Czekałem na sali na ostatnią rozprawę. Byłem w tej czwórce trzeci w kolejności.

Na pierwszy ogień poszedł profesor Karpiński. Zaledwie weszliśmy na salę przewodniczący sądu zaczął krzyczeć: - To ty jesteś ten legionista i działacz Polskiego Związku Zachodniego. Nie dopuścił profesora w ogóle do głosu. Drugi przesłuchiwany był Stanisław Migdalewicz - też nie zdołał powiedzieć ani słowa. Po mnie przesłuchiwano Zygfryda Hance. Następnie odprowa­dzono nas do celi nr 13 więzienia i czekaliśmy na wyrok.

Po pewnym czasie w drzwiach celi stanął umundurowany funkcjonariusz. W ręku trzymał listę. - Macie duże szczęście - powiedział na wstępie - niemiecka władza ma takie dobre serce, że rozstrzelanych będzie tylko 20 więźniów. Sprowadzono ich na parter i tam czekali na egzekucję...

 

POŻEGNANIE

Wspomnienie Jana Samolewskiego z Leszna, najmłodszego syna Stefana. Spisane w Lesznie w 1987r.

18 października 1939r. ok. godz. 22-iej usłyszałem silne łomo­tanie do bramy. Przez oszklone drzwi zauważyłem dwie uzbro­jone postacie Niemców. Przyszli aresztować ojca! Pamiętam kredowo - bladą twarz matki, jej przerażony głos: "Za co? Za co?". I odpowiedź: „Bo był Powstańcem Wielkopolskim".

Moi bracia Bolesław i Romuald, także ja, stłoczeni w jedną gromadkę, patrzyliśmy z przerażeniem na odchodzącego ojca. Jeszcze się wyrwał! Jeszcze całuje rozbudzoną w łóżeczku trzyletnią córeczkę Krystynę, taką wytęsknioną! Jeszcze żegna szlochającą naszą matkę.

- Jestem dumny, że mam trzech synów. Pamiętajcie, abyście zawsze kochali Polskę, jak ja Ją kocham... Ten głos zwrócony do nas, taki stanowczy, słyszę do dziś. Nie sądziliśmy wówczas, że było to ostanie pożegnanie naszego ukochanego ojca.

 

INWALIDA WOJENNY

Irena Sikorska z d. Wachowska. Ur. 28 października 1927r. w Lesznie. Córka Tomasza. Zam. w Poznaniu. Spisano 13 marca 1975r. w Poznaniu.

Ojciec mój Tomasz Wachowski mieszkał w Lesznie przy ul. Kościańskiej z rodziną (żona i dwójka dzieci) i pracował w rzeźni miejskiej jako inspektor badania mięsa. Był inwalidą wojennym; udzielał się społecznie w Związku Powstańców Wielkopol­skich. Z Niemcami żadnych zatargów nie miał.

Z wybuchem wojny wyjechaliśmy z Leszna w okolice Wrze­śni. Stamtąd ojciec wybrał się rowerem do Kutna i dowiedział się, że tam w szpitalu ranni żołnierze potrzebują opieki. Zgłosił się do pomocy. Wróciliśmy do Leszna w połowie października 1939r.; ojca zastaliśmy już w domu.

18 października w nocy przyszli umundurowani Niemcy, uderzeniami kolb zbudzili dom, zabrali ojca, ale pocieszyli nas, że wróci za trzy dni. Matka widziała przez okno jak prowadzono go w kierunku rynku. Dowiedzieliśmy się później, że aresz­towany został z wielu innymi obywatelami Leszna i że osadzono go w więzieniu.

Matka otrzymała trzy listy przyniesione potajemnie przez Polaka, dostarczającego pieczywo do więzienia. W pierwszym ojciec prosił o poduszkę i toaletowe drobiazgi. Przynosząc te listy ów Polak mówił, że aresztowani trzymani są w kaplicy więziennej i muszą leżeć na cementowej posadzce. W drugim liście ojciec prosił, by matka starała się o jego zwolnienie u Niemców, a mianowicie Herknera, Bethego i Grafa. Nie uzyskała matka od nich podpisów na prośbie. Wreszcie w liście ostatnim ojciec żegnał się i prosił matkę o opiekę nad nami.

21 października 1939r. byłam w szkole polskiej przy Placu Metziga, gdzie uczył jeszcze nauczyciel Kiełbasiński. Powiedział nam, że odbędzie się egzekucja Polaków. W czasie przerwy urwałam się ze szkoły. Na Placu Kościuszki zgromadził się już tłum. Widziałam worki z piaskiem i stojących twarzą do muru 10 mężczyzn. Gdy podchodziłam - padła salwa. Upadli na ziemię, a z bramy więzienia wyszła grupa więźniów, którzy zbierali ciała rozstrzelanych i zanosili do stojącego obok samochodu ciężarowego. Ojca rozpoznałam dopiero wtedy, gdy trzech więźniów podniosło jego zwłoki. Na ten widok zemdlałam, a przytomność odzyskałam dopiero w domu...

6 grudnia 1939r. z matką i 4- letnim bratem zostaliśmy wyrzuceni z mieszkania i wysiedleni do Tomaszowa Mazowiec­kiego.

 

SKARBNIK POWSTAŃCÓW

Stanisława Stotko z d. Cichowlas. Ur. 25 kwietnia 1909r. w Dłoni pow. Rawicz. Wdowa po Józefie. Zam. w Lesznie. Spisano 19 marca 1974r. w Lesznie.

Mąż mój Józef Stotko posiadał przed wojną restaurację w Lesznie. Z końcem sierpnia 1939r. powołano go do wojska. Do Leszna wrócił 18 października 1939r. wieczorem, po zwolnieniu z obozu jenieckim. Krótko po tym przyszli do domu dwaj uzbrojeni Niemcy z policji pomocniczej (Hilfspolizei), którzy zabrali męża ze sobą. Mieli przy sobie spis, na podstawie którego przeprowadzali dalsze aresztowania.

Osadzony został w więzieniu, nie miałam możliwości widze­nia się z nim. Drogą poufną otrzymałam od niego wiadomość, żeby zniszczyć w domu wszystkie rzeczy związane ze Związ­kiem Powstańców i Wojaków. Mąż był skarbnikiem w tej organizacji. Domyśliłam się, że przynależność do związku była przyczyną jego aresztowania.

Nie miał przed wojną zadrażnień z Niemcami, nie występował publicznie, w jego restauracji miejscowi Niemcy byli częstymi gośćmi. W pierwszej poufnej wiadomości mąż zlecił, abym udała się do Niemca Gramsa i prosiła o wstawienie się za mężem u władz niemieckich. Nie mogłam go osiągnąć.

21 października 1939r. poszłam z córką na Plac Kościuszki z nadzieją zobaczenia męża. Pod murem stał kulochwyt z wor­ków napełnionych piaskiem, a przed nim znajdowały się uzbro­jone, umundurowane grupy niemieckie. Ten widok upewnił mnie, że wiadomość, iż Niemcy przygotowują rozstrzelania, która krążyła w mieście jest prawdziwa. Byłam pełna obaw o losy męża. Córka nalegała, byśmy nie czekały w tym miejscu. Powróciłam do domu, gdzie usłyszałam salwy.

Niebawem przyszedł do mego mieszkania, znany mi miesz­kaniec Leszna Michalski, który przed wojną był strażnikiem więziennym, a i wtedy pełnił tam jakąś funkcję. Dowiedziałam się od niego o śmierci męża i o przebiegu egzekucji. Przyniósł mi on od męża resztę pieniędzy wraz z zaleceniami, dotyczącymi domu i całego gospodarstwa. Od niemieckich władz żadnego zawiadomienia o śmierci męża nie otrzymałam.

Pozostałam bez pracy i bez środków do utrzymania. Niemcy restaurację zamknęli. Wyjechałam i na początku ukrywałam się z dwojgiem małych dzieci. Do sierpnia 1941r. tułałam się po krewnych, później wróciłam do Leszna, gdzie z trudem zarabia­łam na życie, pracując jako sprzątaczka.