Autor

 

Tytuł

Smoluchowski i satyrycy w anegdotach

Źródło

Materiały z benefisu

Uwagi

 

 

SMOLUCHOWSKI I SATYRYCY W ANEGDOTACH

 

Bezeceństwa ucznia

W 1949 r. zainaugurowała działalność Estrada Szkolna przy leszczyń­skim gimnazjum, którego uczniem był podówczas Zdzisław Smoluchowski. Wyreżyserowana przez niego„Podróż na Księżyc" spowodowała ostrą rea­kcję dyrektora szkoły Franciszka Kasiora, który grzmiał, iż „Uceń Smolu­chowski psedstawia bezeceństwa niegodne ucnia gimnazjum".

Ów bezecny uczeń, będący zarówno reżyserem jak i konferansjerem skandalicznego widowiska, informował publiczność, że uczeni wymyślili, iż przestępców wszelkiej maści należy wysłać na Księżyc, aby oczyścić Ziemię.

W obronie niebieskiego ciała podniosły się jednak głosy sprzeciwu członków ONZ, wskazujące na trzy powody, dla których trzeba owego pomysłu zaniechać.

Wysłani na Księżyc przestępcy z pewnością ograbiliby go z cennych kruszców, upolowaliby Wielką Niedźwiedzicę i zgwałciliby Wenus.

I tak, za sprawą opowiadania nieprzyzwoitych dowcipów, uczeń Smolu­chowski otrzymał dyrektorskie ostrzeżenie.

 

Skamieniały tort

W 1957 roku grano programy jeden za drugim, zapotrzebowanie bo­wiem było przeogromne. Trudno było dostać bilety na kolejne przedsta­wienia. Wówczas to Irena Pawluk grała ze Zdzisławem skecz zatytułowany „Małżeńska awantura". Władek Omieczyński był piekarzem, który w pewnym momencie przynosił tort wychodzącym na przyjęcie, ale jeszcze ciągle się kłócącym, małżonkom. Kłótnia, jak to zwykle bywa, dotyczyła ostatnich poprawek makijażu i fryzury żony.

W czasie dalszej akcji Zdziś - „niby niechcący" - przydeptywał tren sukni scenicznej żony, a ta ciskała ze złością tortem w męża. Był to przedwo­jenny humor, głupi - bo głupi, ale zabawny. Publiczność zanosiła się od śmiechu.

Tort wykonany był - jak to bywa z rekwizytami w teatrze - z tekturki. Była to pięknie opakowana paczuszka, przewiązana kokardką.

Na jednym z przedstawień, któryś z przebywających za sceną aktorów usiadł na ten „tort". No i się zaczęło! Wybuchła panika, bowiem „tort" się rozpadł i w żaden sposób nie szło go skleić i naprawić. Zaczęto więc szukać rekwizytu zastępczego i ...wreszcie znaleziono. Gdzie? - w piwnicy Stefana Marciniaka - dozorcy i woźnego Domu Kultury. Było to okrągłe, metalowe koło z korbą - część narzędzia do ostrzenia kosy, którą pan Stefan kosił trawę dla swoich baranów. Władek Omieczyński z wielką radością wyciągnął z koła korbę, resztę elegancko zawinął w papier, przewiązał wstążeczką i z zadowoleniem wniósł na scenę. Zdzisław przyzwyczajony był, że „tort" jest lekki, a o całej sytuacji za sceną nie miał „zielonego pojęcia". Widząc wcho­dzącego z rekwizytem Władka, dającego mimiką jakieś rozpaczliwe znaki, Smoluchowski wykrzyknął jak zwykle: „O, tort przynieśli!" - i pochwycił za wstążeczkę rekwizytu, która nie wytrzymała ciężaru. Tort z wielkim hukiem spadł na podłogę, tuż obok nogi Zdzisława. Zdzisław znieruchomiał, a po krótkiej przerwie, ratując sytuację powiedział: „Ten tort był taki stary, że aż skamieniał". Widownia szalała ze śmiechu nie zdając sobie sprawy, że cała sytuacja była niezamierzona i mogła zakończyć się tragicznie.

 

Dzielenie włosa na czworo

W tym samym - 1957 roku - akompaniatorem Satyryków był Romek Samolewski, znany jako wielki pedant. Był bardzo dokładny, wszelkie prace wykonywał niezwykle starannie. Przed występem np. długo się czesał, układając każdy włosek na swoje miejsce. Zdziś widząc to, irytował się i czuł jak mu włosy na głowie „dęba stoją!" i siwieją. Romek jednak bez dokład­nego przyczesania fryzury nie dał się wygonić na scenę. Sytuacje takie doprowadzały niekiedy do sprzeczek w zespole; łagodzić je zwykle musiał Smoluchowski.

On także bywał rozjemcą między piosenkarką Magdą Dziedzic, a akompaniatorem przy ustalaniu tonacji piosenek. Romek upierał się przy swoim, Magda twierdziła inaczej. Zdzisław myśląc logicznie (chociaż niewiele znał się na muzyce), występował w roli arbitra przyznając rację Magdzie, która z pewnością lepiej wiedziała w jakiej tonacji będzie jej wygodniej śpiewać.

Niby błaha sprawa czasem urastała do rangi olbrzymiego problemu, wprowadzając wśród aktorów zamieszanie i złą atmosferę. Zawsze jednak szef-arbiter szybko sprowadzał wszystkich „na ziemię" i niebawem atmo­sfera wracała do normy.

 

Sprytny przemytnik

W 1959 roku przybyło Smoluchowskiemu wiele zmarszczek na czole, a także siwych włosów. A to z powodu pechowca - Zygmunta Kaniowskiego.

Właśnie wtedy przestał grać Władek Omieczyński, a na jego miejsce wszedł Zygmunt. Niestety - zawsze towarzyszył mu pech: a to miał trudności z zapaleniem czegoś, gdy miał wnieść rekwizyt, a to wnosił nie ten, który był potrzebny, itp.

W jednym ze skeczów akcja rozgrywała się na granicy. Wykonawcami byli: Andrzej Majchrzak - grający przemytnika i Zygmunt Kaniewski, odtwa­rzający rolę strażnika granicznego. Strażnik miał za zadanie pochwycić przechodzącego przez granicę przestępcę. Przysypiający na strażnicy (sce­nie) Zygmunt, z lekko odchylonymi oczami, w momencie pojawienia się przemytnika miał go zatrzymać i zakuć w kajdanki.

Tymczasem Andrzej zrobił kiedyś koledze kawał. Nachyliwszy się, aby go nie oświetliły reflektory, w pozycji kucznej przeszedł przez scenę za kulisy. Strażnik nie pochwycił go. Tymczasem Andrzej zza kulis obser­wował reakcję kolegi na scenie. Gdy Zygmuntowi znudziło się zbyt długie oczekiwanie, otworzył oczy i zorientował się, że przemytnik już dawno przeszedł, a teraz śmieje się za kulisami. Nie tracąc rezonu, wybiegł ze sceny i w kajdankach przyprowadził uciekiniera z powrotem przed publiczność.

Różne więc były pointy wykonywanych scenek. Bardzo często daleko odbiegały od zapisanych w scenariuszu.

 

l Maja pod mostem

Tego samego 1959 roku, Smoluchowski przekonał Komitet Powiatowy PZPR, by nie urządzać kolejnej akademii „ku czci" l Maja. Zaproponował, że ze swoimi aktorami przygotuje trzy jednoaktówki z historii ruchu robotniczego.

W Komitecie oferta się spodobała, podkreślano, że to bardzo dobry pomysł, że będzie inaczej niż zwykle.

Już w momencie grania pierwszej jednoaktówki inicjator pomysłu stwierdził, że zrobił ogromny błąd. Do tej pory „Satyrycy" kojarzeni byli tylko z humorem, tak więc cokolwiek powiedzieli Kaźmierczak, Baliński bądź Smoluchowski - na widowni słychać było śmiech.

Smoluchowski truchlał, aktorzy grali jak na pogrzebie, a publiczność zanosiła się od śmiechu. Nic nie pomagało. Wykonawcy przebrnęli jakoś przez dwie części, ale w trzeciej jednoaktówce wszystkich „rozłożył" pecho­wiec Kaniewski.

Na scenie stały trzy podesty okryte czarnym pluszem, z kawałkiem łuku, który imitował most. Rzecz działa się pod mostem. Bezrobotni uciekli z „rozgonionego" pochodu pierwszomajowego i schronili się pod mostem. Tam odbywały się rozmowy robotników. Potem przychodziło dwóch agentów w czarnych płaszczach (Kaniewski i Baliński), którzy mieli aresztować prowodyra - organizatora manifestacji, zakładając mu na ręce kajdanki.

Jakoś szczęśliwie udało się aktorom zbudować spokój na scenie i wido­wni. Zaczęła się trzecia jednoaktówka, w której robotnik miał uciekać, a tajniacy mieli go schwytać. Oczywiście robotnik rozpoczął ucieczkę po stojących na scenie stopniach, a agent biegł za nim. Nagle goniący (Kanie­wski) pośliznął się na pluszowej narzucie i runął jak drugi. Gdy tak leżał, przed oczami zamajaczyły mu nogi robotnika. Nie zastanawiając się, w ostatnim momencie zarzucił mu na nogę kajdanki; drugą część rekwizytu miał zaczepioną na ręce. W ten oto dziwaczny sposób: leżąco-czołgający obaj wykonawcy zeszli ze sceny. Tak oto tajna policja aresztowała rewolu­cjonistę.

Ludzie szaleli z rozbawienia, a Smoluchowski następnego dnia na egzekutywie w Komitecie przekonywująco twierdził, że była to parodia wy­darzeń. Szczęśliwie skończyło się na pouczeniu, choć sytuacja była nie­wesoła; był to bowiem rok 1959.

 

Jak to z kozą było

W 1960 roku w radiu Jacek Fedorowicz prowadził „Zgaduj-Zgadulę". Smoluchowski postanowił zrealizować podobną imprezę na leszczyńskiej scenie, z udziałem zwierząt. Pierwsza z wylosowanych pań miała wypo­wiadać się na temat królika, druga - koguta, trzecia - kozy. Zdzisław sądził, że wprowadzenie na scenę zwierząt, szczególnie kozy, zrobi niemałe wrażenie. Z wypożyczeniem królika czy koguta nie było problemów, ale z kozą-gorzej.

Wspomniany już woźny Marciniak hodował barany, a kozę miała starsza pani mieszkająca w pobliżu Domu Kultury. To właśnie od niej pożyczono zwierzę, które przed każdym występem pan Marciniak musiał myć. Koza sprawowała się bardzo dobrze, nawet umiała zgrabnie chodzić po schodach.

W niedzielę odbywały się trzy przedstawienia. Na trzecie przychodziło tzw. „lepsze" towarzystwo. Do udziału w konkursie zgłosiły się trzy panie, w tym żona znanego leszczyńskiego lekarza - pani Lewandowska. Ustalono, że konkurs z najbardziej atrakcyjnym zwierzęciem, czyli kozą, przypadnie pani doktorowej. Zawodniczka miała odpowiedzieć co to jest za zwierzę, czym się je karmi, do czego służy itp. Podobne pytania dotyczyły dwóch pozo­stałych zwierząt.

Na próbach poprzedzających występ zauważono, że na dźwięk sakso­fonu, na którym grał Krzyś Hasny, koza reaguje bardzo źle - bryka i generalnie jest niesforna. Ustalono więc, że Krzyś będzie milczał. Przez dwa programy muzyk o tym pamiętał, jednakże w trzecim zapomniał.

Przyszedł moment, w którym pani doktorowa wchodziła na scenę, trzymając na sznurku kozę. Zdzisław, który zgadulę prowadził, stwierdził: „No, a teraz zaczynamy" i ręką wykonał gest, na który Krzyś niestety zareagował dźwiękiem saksofonu.

Koza, usłyszawszy instrument, gwałtownie szarpnęła się. Dzielna dok­torowa nie wypuściła jednak z ręki linki, ale skutkiem szarpnięcia upadła na kolana. Przestraszona koza odwróciła się i wdepnęła w leżący na skraju sceny reflektor. Zrobił się huk i dym, po czym przerażone, tyłem do widowni odwrócone zwierzę, zadarło ogon i ze strachu zrobiło „to", czego możemy się domyślać. Widownia szalała i huczała ze śmiechu. Pani doktorowa miała zbite kolano i trzeba ją było przepraszać, a zadowoloną kozę sprowadzono ze sceny.

Od tamtego czasu Smoluchowski przysiągł sobie, że już nigdy a nigdy więcej nie będzie wprowadzał na scenę żadnych zwierząt.

 

Janusz Kaźmierczak show

W 1961 roku w ogóle współpracę z „Satyrykami" rozpoczął Janusz Kaźmierczak, który dwa lata wcześniej zaangażował się w Teatrze Poezji „Quasi-modo" u Jacka Małeckiego, gdzie z powodzeniem realizował się jako recytator. Wstydził się jednak swojego wyglądu, był bardzo zakompleksiony. Smoluchowskiemu spodobał się bardzo, głównie ze względu na charakterystyczną fizjonomię. W momencie odejścia jednego z aktorów zaproponował Januszowi przejście do „Satyryków". Kaźmierczak najpierw nie bardzo chciał się zgodzić, ale wkrótce dał się przekonać argumentem, że na estradzie bardzo często z ludzkiej wady czy ułomności można zrobić zaletę.

Zdziś dał mu kilka cennych wskazówek typu: „Gdy wejdziesz na scenę, zacznij poprawiać mikrofon i powiedz do widowni - Ja bardzo Państwa przepraszam, że tak poprawiam ten mikrofon, ale on mi zasłania twarz i mogą Państwo stracić połowę przyjemności". Janusz do końca swej kariery często powtarzał te słowa.

W 1962 roku odbył się program z okazji Zjazdu Działaczy Antyalko­holowych. W trakcie przedstawienia przyszła do Zdzisława organizatorka imprezy, pani Boksiowa, z reklamacją: „Co to się wytwarza na scenie!". Kaźmierczak bowiem przyszedł na program nieco podchmielony, co skrzę­tnie ukrywano przed reżyserem.

W pewnym momencie Janusz wszedł na scenę i zaczął wygłaszać kazanie alkoholika: „Bracia w spirytusie metylowym! Gorzołka to jest takie cholerstwo i świństwo, że od razu człowieka prowokuje. Nic, ino lać w mordę!". Mówiąc to był tak rozanielony, że nie chciał zejść ze sceny. Mówił, byle mówić.

W pewnym momencie Zdzisław nie wytrzymał: wszedł na scenę i udając lekko zawianego, rozpoczął z nim dialog w tym samym stylu, po czym chwytając go pod pachę, dyplomatycznie wyprowadził za kulisy. W dalszej części programu oczywiście Janusz nie występował, resztę dograli koledzy i koleżanki. Trzeba było dokonywać zmian na gorąco. Organizatorka uwie­rzyła w niedyspozycyjność i chorobę Janusza, przyjmując przeprosiny Smoluchowskiego.

 

Letnie degustacje

W 1962 roku, w czasie wakacji, w Ośrodku Spółdzielni „Kopernik" w Osiecznej Zenek Baliński i Zdzichu Smoluchowski pisali teksty do nowego programu „Satyryków". Dzień był do dyspozycji indywidualnej, wieczór przeznaczony na pracę. Zenek pełnił funkcję ratownika na plaży, Zdzisław się opalał i wypoczywał. Zdarzało się więc, że wieczorem byli bardzo zmę­czeni. Chcąc odzyskać siły do wykonywania pracy koncepcyjnej, Zenek proponował więc Zdzisiowi lampeczkę słodkiego likierku. Pewnego wie­czoru wrażliwy na alkohol Smoluchowski tak długo degustował smakołyk, że ku uciesze Zenka z pisania wyszły nici. Obaj oddali się w ramiona Morfeusza.

Podobna degustacja (ostatnia) odbyła się w 1963 roku, na imieninach Henryka Frąckowiaka - artysty fotografika, który przez wiele lat wykonywał zdjęcia reklamowe dla „Satyryków".

 

Mariaż satyry z rolnictwem

W 1962 roku odbywał się w Gostyniu Krajowy Zjazd Traktorzystów, w ramach Ogólnokrajowego Konkursu Orki. Była to impreza finałowa z udziałem przedstawicieli Ministerstwa Rolnictwa, Centrali Kółek Rolni­czych i innych znaczących notabli. Widownię stanowili wybrani czołowi polscy traktorzyści.

Satyrycy rozpoczęli program. Starali się bardzo, bowiem była to ważna impreza. Cóż z tego - widownia była niema. Żaden dowcip nie docierał do publiczności. Wszyscy siedzieli z minami poważnymi, jakby niezado­wolonymi. Aktorzy nie wiedzieli co robić, by wyrwać publiczność z letargu.

Po dwudziestu minutach generalnej żałoby, Smoluchowski zaproponował aktorom „obniżenie poziomu". Tak uczyniono.

Tu i ówdzie pojawiły się lekkie uśmieszki, ludzie zaczęli „łapać". Nie było jednak takiej reakcji, jakiej można by się spodziewać. W pewnym momencie Janusz Kaźmierczak z Tadziem Zielińskim chwycili gitarę i postanowili ludowymi piosenkami rozśmieszyć publiczność. Reżyser machnął ręką, mówiąc w duchu: „Niech się dzieje wola nieba". Aktorzy weszli na scenę i przez pół godziny rozweselali widownię tekstami typu: „Hej, nadziała się Kasia na dyszel; Franek, to ty?". Wreszcie na sali rozległ się donośny śmiech i gromkie oklaski; nawiązano doskonały kontakt z publicznością.

Po pewnym czasie za kulisy wszedł organizator imprezy i poprosił o skontaktowanie z kierownikiem zespołu. Ze strachem wskazano na Smoluchowskiego, który psychicznie był już przygotowany na najgorsze. Tym­czasem ów pan z wielką euforią zaczął Zdzisiowi gratulować, wykrzykując: „Panie, co za wspaniały program, my was do Warszawy zaprosimy!!!". Mimo szczęśliwego zakończenia cały zespół przeżył wówczas ciężkie chwile stresu, napięcia i grozy.

 

Z Motyką na słońce?

W 1966 roku ministrem kultury został I sekretarz KW PZPR w Krakowie - Lucjan Motyka.

Ponieważ w programie „Trzeba mieć plecy" znajdowała się fraszka nawią-zująca do nazwiska świeżo upieczonego dygnitarza: „Stan dzisiejszej plastyki dziełem pędzla i motyki", Zdzisław znów wzywany był do Komitetu, by wytłumaczyć się z umieszczonych w scenariuszu słów. Udało mu się kolejny raz wyperswadować, że tekst został napisany przed wyborem Motyki na ministra. Wyjaśnienie przyjęto, ale Smoluchowskiemu - za brak czujności - dano ostrzeżenie.

 

A my nic tylko gramy

1966 rok był dla Zdzisława pechowy. Zaczęło się od dość poważnej awarii trabanta - ukochanego samochodu reżysera. Było to wiosną, w marcu. Wszędzie były resztki roztopionego śniegu. W Domu Kultury na Chrobrego za parę minut miał się zacząć program „Satyryków". Na ostatnią chwilę Zdziś zamówił taksówkę i przyjechał tuż, tuż przed rozpoczęciem programu. W przedstawieniu pełnił rolę nie tylko aktora, ale i konferansjera.

Gdy taksówka dotarła i zatrzymała się przed wejściem do Domu Kultury, stojący tłum ludzi z ciekawością zaglądał do auta. Zdzisław z rozmachem otworzył drzwi taksówki i zaczął wysiadać. Na nieszczęście potknął się, przewrócił i wpadł „jak drugi" w olbrzymia kałużę. Wchodzący na program ludzie podbiegli do niego, zaczęli go podnosić, a któraś z pań grzecznie zapytała: „Nic się panu nie stało?" Smoluchowski, jak gdyby nigdy nic, odpowiedział: „Nie...nic...Nic się nie stało. Ja tak zawsze wysiadam z taksówki".

Bolało go strasznie kolano. Koledzy owinęli mu je bandażem i z pięcio­minutowym opóźnieniem rozpoczęto program zatytułowany: „A my nic tyl­ko gramy". Zdziś stwierdził, że mimo wszystko całość szła mu bardzo do­brze, a ludzie śmiali się ze wszystkiego co powiedział. Po skończonej kwestii na scenie wszedł do garderoby i zaczął chwalić publiczność, na co Zenek Baliński mu odpowiedział: „Śmiali się, śmiali, bo tobie z rozporka wycho­dził kawał białej koszuli".

 

Goło i wesoło

W 1969 roku leszczyński Dom Kultury otrzymał z opery poznańskiej kostiumy, które stały się przyczyną powstania programu „Antyimportowa rewia". Wystawiono między innymi parodię baletu; Smoluchowski wcielił się w postać fauna, Kaźmierczak był nimfą. Już przy wejściu aktorów zagrzmiały gromkie oklaski. W pewnej chwili Zdzisław przydepnął sobie ogon od kostiumu i wyrwał go wraz z kawałkiem materiału. Cóż - trzeba było grać dalej, a goły pośladek Zdzicha świecił - niby reflektor - w oczy publiczności

 

Ofiara krwi

W tym samym 1969 roku odbywała się kolejna premiera: „Satyryczna corrida", w której Smoluchowski, w towarzystwie dwóch wachlujących Murzynków, wypowiadał kwestię: „Jestem Nuran Pasza, pot mi czoło zrasza". W trakcie wygłaszania tekstu, zaplątał się w arabskie szarawary i runął z hukiem na podłogę. Murzynek ruszył na pomoc, ale w tym momencie wypadł mu z rąk wachlarz. Przewracający się Zdzisław uderzył głową w drzewce wachlarza i rozciął sobie czoło.

Z pełnym spokojem i majestatem dośpiewał: „Jestem Nuran Pasza, krew mi czoło zrasza".

 

Filatelista bez koszuli

W 1971 roku w skeczu zatytułowanym „Filatelista", reżyserowanym przez Z. Smoluchowskiego, występowała Marylka Hałas. Program „Ładne kwiatki" grano w całym powiecie leszczyńskim, a aktorzy dla urozmaicenia robili sobie wzajemnie różne psikusy. Zenek Baliński, znany żartowniś zespołu, namówił Marylkę, by zaskoczyć Zdzisia i jemu także zrobić jakiś żart. I tak się stało.

Na którymś z przedstawień Zdzisław zadręczał swą koleżankę dowcip­nymi kwestiami, chcąc ją doprowadzić do pomylenia tekstu i rozśmieszyć. Ona tymczasem trzymała się schematu.

W pewnym miejscu następowało zdanie, wypowiadane przez Smolu­chowskiego: „Pani nie wierzy, to mogę się rozebrać!" Marylka zwykle odpowiadała: „Nie, nie trzeba, wierzą panu", teraz jednak Zdzichu usłyszał słowa: „Ano dobrze, to niech się pan rozbierze". Nie spodziewał się takiej odpowiedzi od potulnej Marylki i chcąc nie chcąc rozebrał się do koszuli, pozostając goły do pasa. Z trudem dograli do pointy.

Przed następną zapowiedzią Zenek powiedział do publiczności: „Pań­stwo dziwią się z pewnością, dlaczego przedstawiony skecz nosił tytuł »Filatelista«?" A to dlatego, że Smoluchowski miał między łopatkami odciśnięty stempel pocztowy.

Od tej pory Zdzisław starał się grać zgodnie ze scenariuszem, żeby nie prowokować do żartów swych kolegów-aktorów.

 

Niby wegetarianin

Ostatnia z anegdot, choć nie związana z „Satyrykami", pokazuje inny, charakterystyczny, aspekt Zdzisiowej egzystencji.

Zdeklarowany wegetarianin, poproszony został w 1982 roku, kiedy to na półkach sklepowych królował ocet, przez swego sąsiada z Kaszczoru, Tade­usza Fraka, o kupno końskiej kiełbasy.

Stanąwszy u Dudzika na Łaziebnej w tasiemcowej kolejce rozkoszował się zaskoczeniem i zdumionymi minami „stada" akurat przechodzących tamtędy znajomych, którzy zobaczyli go w „takiej" kolejce.

A on - z dobrego serca - dwa razy stał po kiełbasę dla pana Tadzia.