Autor

Stanisław Piotrowski

Tytuł

Tragiczny dzień mojego życia

Źródło

„Egzekucja 21.X.1939” Zarząd Miasta 1994

Uwagi

 

 

W środę - 18 października 1939r. około godz. 22-iej postawiło mnie na nogi silne kołatanie do bramy wejściowej z głośnym okrzykiem „Aufmachen! Polizei! (Otwierać! Policja!). Miesz­kałem w domu nr 4 przy ul. Łaziebnej w Lesznie. Bramę otworzyła właścicielka - Polka p. Senftleben, u której byłem sublokatorem. Zapytano ją o Piotrowskiego. Weszło dwóch do mojego mieszkania: policjant w mundurze i cywil. Byłem już częściowo rozebrany, szykowałem się do nocnego spoczynku. Sprawdzono imię i nazwisko, usłyszałem „Pójdziesz z nami!". Chwycony za kołnierz, wypchnięty zostałem na korytarz i dalej na ulicę prawie jak stałem. Nie zdążyłem włożyć butów, kurtki i nakrycia głowy.

Zaprowadzono mnie do ratusza. Kazano mi podnieść ręce do góry, przeprowadzono rewizję i ograbiono mnie tam ze wszyst­kich przedmiotów osobistych, które miałem przy sobie; za wyjątkiem medalika Matki Boskiej w kieszonce kamizelki. Na pierwszym piętrze - dokąd mnie przeprowadzono - stało już kilkunastu obywateli twarzami do ściany. Dołączyłem do nich. Staliśmy tak ze 2 godziny. Około północy posłyszeliśmy rozkaz „W tył zwrot", nakazano nam odebrać przedmioty osobiste. Leżały przemieszane na dużym stole, w jednej stercie. Wartoś­ciowych przedmiotów ze złota już brakowało.

Sprowadzono nas na rynek, ustawiono trójkami i pod silną eskortą Schutzpolizei przeprowadzono do więzienia. Cele były przepełnione, więc wpędzono nas do kaplicy więziennej; w niej ołtarz i nic więcej. W nieoświetlonej kaplicy, po omacku, rozłożyliśmy się na podłodze jak kto umiał: klęczące, siedząco, leżąco. O wyjściu nie było mowy. Czynności fizjologiczne trzeba było załatwiać w buty, kapelusze i czapki, które wyrzucaliśmy później przez zakratowane okno.

Rankiem zaczęliśmy się rozpoznawać. Zorientowaliśmy się jest nas 25, po jakimś czasie doprowadzono jeszcze czterech. Było więc nas razem 29. W ów czwartek -19 października 1939r. pojawił się w naszej celi - kaplicy dozorca więzienny, Polak Roman Michalski, ojciec Jana - mistrza rzeźnickiego z Paw­łowic; pojawił się i zdrętwiał na nasz widok. Był emerytem i Niemcy zmusili go do pełnienia funkcji strażnika nad Polakami w niemieckim więzieniu. Ale był to człowiek szlachetny. Miał nieograniczoną możliwość przekraczania więziennej bramy. Okazał się prawdziwym przyjacielem. Często z narażeniem własnego życia przenosił żywność, w obie strony grypsy i różne rzeczy. Zmarł po wojnie, w 1950r. i zasłużył na dobrą pamięć. W piątek - 20 października dowiedzieliśmy się, że szykuje się egzekucja. Worki z piaskiem ułożono najpierw pod Ratuszem, a później zaczęto je przewozić pod mur więzienny. Rozeszła się wieść, że czeka nas śmierć. Postanowiliśmy sporządzić tes­tamenty. Był wśród nas pracownik notarialny Bronisław Grochowiak, który poinstruował, jak prawidłowe spisać ostatnią wolę. Miałem przy sobie notes kieszonkowy, wydarłem kartki i rozdzieliłem wśród współtowarzyszy. Napisaliśmy ostatnią wolę i listy pożegnalne. Wspomniany już dozorca - Roman Michalski owinął tę naszą korespondencję w gazetę, wyniósł z więzienia, zostawił w sklepie Franciszka Przymuszały w Ryn­ku, a pracownicy tegoż sklepu błyskawicznie roznieśli listy naszym rodzinom. Resztę dnia i noc z piątku na sobotę spędziliś­my na modlitwie.

W sobotę - 21 października 1939r. nie było już porannego spaceru. Małymi grupami, po 4 - 5 osób, przeprowadzano nas do sąsiedniego gmachu sądowego, gdzie urzędował sąd wojskowy : Poznania. Był to 3- osobowy skład sądzący, a obok niego jako biegły Wolfgang Bickerich (junior) - pastor kościoła kalwińs­kiego w Lesznie i jako tłumacz Arthur Kramer - znany miejs­cowy volksdeutsch. Podstawę oskarżenia stanowił zarzut przynależności do polskich organizacji, takich jak: Polski Związek Zachodni, Związek Powstańców Wielkopolskich, Stronnictwo Narodowe, Towarzystwo Gimnastyczne „Sokół" oraz rzekoma wrogość wobec Niemców. Możliwości obrony nie było. Ci, którzy próbowali to czynić byli wyszydzani.

Z naszej „kaplicznej grupy” pod sąd postawiono 21 osób, a 8 pozostało w celi - kaplicy. Wstawiali się za nimi miejscowi Niemcy. Poza nami przed sądem stawali zakładnicy doprowa­dzeni z byłego Gimnazjum Męskiego przy Pl. Kościuszki i więź­niowie z innych cel naszego więzienia. W sumie - około 50 obywateli. Po przesłuchaniu i osądzeniu już jako skazańców, wpędzano nas do celi nr 13 na pierwszym piętrze budynku więziennego, gdzie przez prawie godzinę czekaliśmy na ostate­czne ogłoszenie wyroku.

Co to była za godzina. W czasie oczekiwania na wyrok śmierci odbywały się sceny nie do opisania. Jedni, zrównoważeni, spokojnie przygotowywali się na śmierć. Niektórzy modlili się głośno. Inni - psychicznie mniej odporni - rzucali naczyniami, książkami, czym popadło o ścianę. Jeszcze inni - przeczuwając niekorzystny wyrok - oddawali kolegom co cenniejsze pamiątki, aby je zwrócić rodzinom.

Wreszcie, w otwartych drzwiach ukazali się oficerowie w mundurach SS z gotowym wyrokiem. Wyczytano 10 nazwisk. „Hande hoch! Marsch!". Pozostałych ponownie zamknięto. Po krótkiej chwili przez otwarte okna usłyszeliśmy salwę, po niej pojedyncze strzały. A więc pluton egzekucyjny, a później dobijanie tych, którzy dawali jeszcze oznaki życia. Nastąpiło kompletne załamanie się pozostających w celi nr 13 skazańców. Marcin Gűnter, siedzący obok mnie na pryczy, powiedział: - Panie Piotrowski, ja mam iskierkę nadziei, że Pan Bóg nas jeszcze obroni... Przytaknąłem mu, że ja także.

I drzwi otwarły się po raz wtóry. Następna dziesiątka. Marcin Gűnter maszeruje z podniesionymi rękoma. Nastąpił przy tym moment bolesny i wzruszający. Kiedy wyczytano „Adamski Marcin" - do wyjścia cisnęło się dwóch ludzi - ojciec i syn. Ojciec chciał iść na stracenie za syna, a syn za ojca. Po stwierdzeniu daty urodzenia okazało się, że młodszy ma iść pod mur. Zabrano i rozstrzelano Marcina Adamskiego juniora. I znów słyszeliśmy salwę i znów dobijanie. Jak się później dowiedziałem ciała rozstrzelanych -jak zwierzęta po uboju - wrzucano na samochód ciężarowy firmy „Auto Transport" właściciela Edwina Mayera, wywieziono za miasto i obok cmentarza katolickiego wrzucono do przygotowanego uprzednio głębokiego dołu.

Byliśmy pół żywi. Drzwi celi otwarły się po raz trzeci i pojawił się z nich komendant więzienia, Niemiec Glasewsky - o ile pamiętam był bez czapki. I podał nam wiadomość, że egzekucja została zakończona. - Największych przestępców już nie ma, a wy - reszta - zostaliście przez Hitlera ułaskawieni. Odetchnęliśmy z ulgą. Rozprowadzono nas do dawnych cel. W kaplicy okazało się, że z naszej grupy brakuje 13 osób. Z zakładników i z innych cel rozstrzelano 7 ludzi. Razem - dwudziestu.

Zginęli za Ojczyznę jako Polacy - Patrioci, oddając swe życie 21 października 1939r., pod murem więzienia w Lesznie: Marcin Adamski (syn), Bronisław Bartoszkiewicz, Jan Nowicki, Marcin Gűnter, Bolesław Karpiński, Feliks Michalak, Maksymilian Trendowicz, Bronisław Kotlarski, Mieczysław Opatrny, Zygf­ryd Hańca, Wacław Kęsicki, Józef Stotko, Józef Łukowski, Tomasz Wachowski, Stanisław Szal, Stefan Samolewski, Wła­dysław Nowak, Ludwik Antoniak, Leon Marcinkowski i Józef Marcinkowski. Cześć Ich Pamięci!

W niedzielę - 22 października 1939r. rodziny ofiar, chcąc się przekonać o losie najbliższych, przyniosły do więzienia paczki. Wielu adresatów już nie żyło. We wtorek - 24 października zaczęto zwalniać m.in. Franciszka Przymuszałę, Stanisława Voelkela, Jana Metelskiego, Marcina Adamskiego (ojca), Fran­ciszka Nowakowskiego, Szczepana Stęsika, Stanisława Doleckiego, dr. Ślebodę, Bronisława Grochowiaka, Ludwika Bartoszkiewicza (brata Bronisława), Wernera i innych. Pozostali roz­dzieleni zostali do innych cel a jeszcze inni wywiezieni w nie­znane i zginęli bez wieści.

Kolejne dni upływały nam na przymusowej pracy pod nad­zorem Hilfspolizei przy porządkowaniu różnych obiektów. Pierwszą moją pracą po tragicznych przeżyciach więziennych było zmywanie - zlikwidowanie śladów krwi po naszych haniebnie zamordowanych Braciach Polakach. Robiliśmy to wspólnie z panem Peplem - mistrzem fryzjerskim. Zwolniono mnie 4 listopada 1939r. wraz z Jerzym Dybą, Janem Musielakiem i kilku innymi, których nazwisk już nie pamiętam. O ile wiem to dziś z tamtych koronnych świadków zbrodni pozostałem przy życiu tylko sam jeden.

Leszno, l września 1994r.