Autor

Henryk Szrejbrowski

Tytuł

Wspomnienia absolwenta

Źródło

Przyjaciel Ludu 2-3/1991

Uwagi

 

 

Byłem uczniem tak zwanej wówczas niższej tercji, to jest póź­niejszej   czwartej   klasy,   gdy   w dniu  18 stycznia 1920 r. znalazłem się w Lesznie. Miałem za sobą dwa i pół roku  nauki  w  gimnazjum  niemieckim oraz rok w gimnazjum polskim w Śre­mie.

l lutego 1920 r. ojciec mój uznał, że dość już owych nadprogramowych wa­kacji i mimo lekkiego mego oporu („przecież w Lesznie nie ma jeszcze gi­mnazjum polskiego") zaprowadził mnie do gmachu gimnazjalnego na placu Ko­ściuszki. Przyjął nas w gabinecie dyre­ktorskim dyrektor tej uczelni: starszy, siwy pan w długim czarnym tużurku, w przydługich niezaprasowanych spo­dniach, z pękiem kluczy w ręku. Był to polski już dyrektor niemieckiej jesz­cze szkoły: Piotr Moczyński.

Nauka odbywała się wówczas jeszcze w języku niemieckim i poza kilkoma Polakami, synami miejscowych polskich rodzin, gros uczniów stanowili Niemcy. Po wstępnych informacjach oznajmił nam dyrektor, że jestem pierwszym uczniem — Polakiem, zgłaszającym się do gimnazjum w Lesznie z gimnazjum polskiego. Zapytał mnie, czy uczyłem się języka polskiego i wierszy Mickiewicza. Gdy przytaknąłem, poprosił, abym zare­cytował balladę Mickiewicza „Switeź". Stanąłem przed sędziwym dyrektorem i zacząłem recytować:

„Ktokolwiek będziesz  w  Nowogró­dzkiej stronie

Do Płużyn ciemnego boru Wjechawszy, ..."

 

W zadumie słuchał niezdarnie recy­towanych wierszy a po pewnym czasie w kącikach jego oczu ukazały się dwie duże łzy, które wolno spływały po poo­ranych zmarszczkami policzkach. Dopie­ro znacznie później zrozumiałem, jak wielkim przeżyciem musiało być dla tego wielkiego patrioty wysłuchanie pierwszego polskiego wiersza, recytowa­nego w polskim już gimnazjum. Gdy skończyłem pogłaskał mnie po głowie i oświadczył „Tedy dziękuję Ci, chło­pcze, i bądź dobrym uczniem". Wido­cznie na skutek zarządzenia dyrektora, mimo, że formalnie byłem uczniem czwartej klasy, nie byłem ani razu przez niemieckich profesorów pytany, a promocję do klasy następnej otrzy­małem bez trudności

W roku 1920 rok szkolny kończył się jeszcze na Wielkanoc. Z tym też terminem nastąpił rozdział gimnazjum niemieckiego i polskiego. Zaczęli na­pływać uczniowie polscy, a niestety brak było sił profesorskich. Do pomocy sta­nęli profesorowie przybyli z innych, stając na apel władz szkolnych do pracy w szkołach typu wyższego. Rozpoczęli pracę w naszym gimnaz­jum: Adam Schmidt, Sylwester Krzyżagórski, Anna Jastrzębska, Jadwiga Pawlicka i inni. Wreszcie do pracy sta­nęli profesorowie przybyli z innych dzielnic kraju, przede wszystkim z Ma­łopolski. Pragnę tu wymienić przede wszystkim Jakuba Wereszczyńskiego, który obchodził 35-lecie pracy w naszym gimnazjum i w tym okresie wychował dwa pokolenia absolwentów. Wspomnieć należy również jednego z pierwszych profesorów naszej szkoły, później dy­rektora liceum, Adolfa Paczosę. Zawsze spokojny, nie podnoszący nigdy głosu umiał on utrzymać na swych lekcjach wzorowy rygor, mimo, że młodzież była doić rozbrykana a inni nasi wychowawcy nieraz solidnie wycierpieli od urzą­dzanych im psot i figli. Jako wycho­wawca mej klasy umiał on zachęcić nas do nauki i poziom nauki ustawić tak wysoko, że na 15 maturzystów aż 6 zostało zwolnionych z ustnego egza­minu. Trzeba też wspomnieć o profeso­rach Józefie Hassnym i Bolesławie Karpińskim, zamordowanym w paź­dzierniku 1940 r. przez niemieckiego okupanta. Profesor Karpiński jako polo­nista, sam będąc poetą, uczynił bardzo wiele dla kultury naszej szkoły i na­szego miasta. Przy jego pomocy i dzięki jego inicjatywie urządzane były w naszej szkole akademie i przedstawienia dra­matyczne, stojące nieraz na wysokim poziomie.

W ten sposób, dzięki współpracy pedagogów miejscowych i przybyłych z innych dzielnic kraju, nauka gim­nazjalna w naszym polskim już gim­nazjum rozpoczęła się w kwietniu 1920 r. Oczywiście trudności były og­romne: brak podręczników, młodzież ciągle zmieniająca się, przybywająca z innych uczelni, gdzie poziom naucza­nia był inny rozbrykana i rozhukana, trudna nieraz do utrzymania. A jednak dzięki wytrwałej pracy naszych peda­gogów już w roku 1921 gimnazjum na­sze wypuściło ze swych murów pier­wszych polskich maturzystów.

Nasze gimnazjum było uczelnią typu klasycznego. Nauka języka łacińskiego rozpoczynała się już w klasie pierwszej i trwała przez osiem lat po sześć godzin tygodniowo, z mniejszym lub większym powodzeniem. Język grecki ukazywał się w programie dla klasy czwartej i mimo początkowych trudności z pismem łat­wiej wchodził nam do głowy. Zdarzało się, że do naszego gimnazjum przy­chodzili uczniowie z gimnazjum hu­manistycznego, gdzie greckiego nie uczono; uczeń taki siedział więc na lek­cjach tylko jako słuchacz, albo też musiał początki greki doganiać. Uczył nas ję­zyka greckiego w klasie szóstej wspom­niany już dyrektor Moczyński i tam też znalazł się właśnie taki nie zna­jący greki uczeń, który przyszedł do nas z Gimnazjum w Grodzisku. Oczy­wiście greckiego się nie uczył ale musiał siedzieć na naszych lekcjach. Po mniej więcej pół roku dyrektor zwrócił się do nego, mówiąc: „Chłopcze, siedzisz na na­szych lekcjach już pół roku, to musiałeś się już języka greckiego nauczyć. Powiedz mi tedy, co znaczy po polsku „hals - halos". Kolega nasz, nie namyśla­jąc się wiele, wypalił: „Szyja panie dy­rektorze". Oczywiście śmiechu było co niemiara, a najszczerzej śmiał się nasz dyrektor, oświadczając w końcu: „Tedy widzę chłopcze, że z ciebie nic nie bę­dzie". Na szczęście przepowiednia ta się nie sprawdziła; ów „znawca" języka greckiego wbrew obawom naszego dy­rektora jest dziś profesorem uniwer­sytetu.

Moje wspomnienia z lat dawnych w naszym gimnazjum są nierozłącznie związane z osobą dyrektora Moczyńskiego. Setki anegdot, jakie przez kilka lat dyrektorowania powstały wokół je­go osoby, jego energia, wiedza, głęboki patriotyzm, a równocześnie dziwactwa i niezwracanie uwagi na zewnętrzny wy­gląd, utworzyły z naszego dyrektora charakterystyczną, ale jakże kochaną sylwetkę. Już w pierwszym roku na­szej nauki nazwaliśmy go krótko „Mok" i ta nazwa przylgnęła nie tylko do jego osoby, ale także do późniejszego dyrek­tora naszej uczelni. Nie wiem, czy tradycja ta utrzymała się po wojnie? Dyrektor Moczyński był inicjatorem pierwszego Zjazdu naszego gimnazjum, jaki odbył się w oswobodzonej ojczyź­nie w roku 1922. Niestety wspomnie­nia z tego zjazdu zatarły się w mej pamięci: pamiętam jedynie, że gimna­zjum nasze wystawiło wówczas sztukę pt. „Kasper Karliński" ze słynną armatą produkcji naszego ówczesnego woźnego Pogorzelskiego. Aktorów do­bierał i sztukę reżyserował sam dyrek­tor przy pomocy prof. Karpińskiego.

Mimo, że gimnazjum nasze było mę­skie, w klasie mojej były trzy koleżan­ki. Były nam one przez naszego „Moka" stawiane jako wzór, zarówno pod wzglę­dem zachowania, jak i pilności oraz sumienności w przygotowaniu się do lekcji. Aż raz i na nie przyszła kolej. Na jednej z pierwszych lekcji języka łacińskiego w klasie ósmej mieliśmy wyuczyć się tak przez nas wszystkich nie lubianych wierszy łacińskich. Oczywiście nikt z nas nie zdołał tych wierszy wykuć. Odpytywanie zaczęło się od ostatniej ławki i po kolei jeden po drugim siadał z dwóją w notesie. W czwartej ławce siedziały nasze trzy koleżanki — wzory, które tym razem zapomniały o zadanym wierszu. Gdy „Mok" wyrwał pierwszą koleżankę zwrócił się do nas „Tedy chłopcy zo­baczycie, jak panny nauczyły się wier­sza, niech nam wiersz powie panna Regina". Tymczasem panna Regina i kolejno panna Janina i panna Irena wstały — i nic. Trzeba było widzieć zafrasowaną minę naszego „Moka". Pomyślał chwilę, wreszcie rzekł: „Tedy widzę, że wiersze są dla panienek za trudne". Dzięki naszym koleżankom nie uczyliśmy się wierszy przez cały rok i od tego czasu nastąpił pokój mię­dzy obozem męskim a żeńskim w na­szej klasie.

Zanim zakończę swoje wspomnienia z pierwszych lat odzyskanej wolności muszę wspomnieć o życiu sportowym i kulturalnym w naszym gimnazjum. Życie sportowe rodziło się spontanicz­nie, sport był potrzebą młodych. Oczy­wiście młodzież nie miała tych możli­wości zrzeszania się w klubach sportowych i uprawiania sportu w takich granicach jak się to dziś dzieje. Nau­czycielem gimnastyki był Roman Lubierski, lekcje gimnastyki polegały na spacerach i grze w piłkę nożną. Tę ostat­nią uprawialiśmy szczególnie w okre­sie dojrzewania orzechów na podwórzu gimnazjalnym ku ogromnemu zdener­wowaniu wspomnianego już woźnego Pogorzelskiego. Niezależnie od tych ściśle amatorskich poczynań piłkarskich powstała przy naszym gimnazjum dru­żyna piłki nożnej pod nazwą „Czarni", która przez szereg lat stała na wyso­kim poziomie i walczyła nawet o pry­mat w naszym mieście z „Polonią". Każdorazowo mecz z „Polonią" mobi­lizował całe gimnazjum i przez długie dni był tematem komentarzy. Któż z nas starszych nie pamięta wspaniałych parad bramkarza Sobiecha, takich graczy jak: Klabiński, Metelski, Peda (specja­lista od błota), Pawliccy i inni. Mło­dzież uprawiająca wówczas sport czy­niła to dla samej jego idei, nie marząc nawet o jakichkolwiek korzyściach ma­terialnych.

Bujnie kwitło również życie kultu­ralne. Wspomniałem już o urządzanych akademiach i przedstawieniach. Na bardzo wysokim poziomie stal nasz chór gimnazjalny i weszło już w zwyczaj, że gimnazjum w grudniu każdego roku dawało publiczne koncerty chóru, or­kiestry i solistów. Chciałbym podkre­ślić, że nie brak było wśród uczniów utalentowanych muzyków, uprawiają­cych muzykę poważną. Wspomnę tu Feliksa Judka i Józefa Klonowskiego — doskonałych skrzypków, którzy da­wali recitale poważnej muzyki skrzyp­cowej. W sprawozdaniu dyrektora za rok 1923/24 spotykamy w opisie kon­certu z dnia 9 grudnia 1923 r. nazwi­sko ucznia V klasy — Maciejewskiego. Był to Roman Maciejewski, absolwent naszego gimnazjum, później jeden z czołowych naszych kompozytorów i for-tepianistów. Jaka szkoda, że tradycja urządzania takich koncertów w naszym mieście zanikła.

W roku 1923 rozpoczął nauczanie w naszym gimnazjum Franciszek Kasior, powojenny dyrektor uczelni.

Rok 1924 to czas rozstania się z gimna­zjum. Spośród 15 maturzystek i matu­rzystów kilku już zmarło, reszta roz­pierzchła się po całym kraju. Zerwa­ły się kontakty i tylko ja sam zwią­załem me losy z naszym miastem.