Autor

Telesfor Tycner

Tytuł

Więcej niż wspomnienia …

Źródło

Przyjaciel Ludu 5-6/1995

Uwagi

 

 

W zadumie sięgam pamięcią do najpiękniej­szych lat mojego życia. W początkach lat trzy­dziestych mieszkałem w Krzycku Wielkim. Po sąsie­dzku /on za torem kolejowym/ mieszkałem na po­czątku wsi z Hirkiem Przerackim. W środku wsi mieszkała Zosia Skorupska. obecnie Nicińska. z którą chodziłem do szkoły powszechnej. Potem Zo­sia poszła do szkoły Trzeciaka, a ja do Szkoły Ćwi­czeń przy Seminarium Męskim Nauczycielskim w Lesznie.

W 1935 r. moja matka, wówczas już wdowa, sprzedała w Krzycku dom i z trojgiem dzieci prze­niosła się do Leszna. Ukończyłem Szkołę Ćwiczeń. W roku szkolnym 1937/38 zdałem egzamin wstępny i zostałem przyjęty do Państwowego Koedukacyjne-go Gimnazjum Kupieckiego. Naukę rozpoczęliśmy we wrześniu 1937 r. w gmachu szkolnym przy placu Komeńskiego, w którym dzisiaj znajduje się Szkoła Podstawowa Nr 8. W styczniu 1938 r. Gimnazjum zostało przeniesione do nowo zbudowanego budyn­ku szkolnego przy ul. Kurpińskiego 2. Pamiętam, że były wówczas dwie klasy pierwsze chłopców. Jedna złożona z uczniów zamieszkałych w Lesznie, druga mieszana: byli w niej zarówno uczniowie dojeżdża­jący, jak i leszczyniacy. Chodziłem do tej drugiej klasy. Była i trzecia, równoległa, klasa pierwsza dziewcząt. Przypominam sobie, że chodziły do niej m.in.: Władka Cichońska. Hala Dubska, Ola Kulczakówna, Martyna Maćkowiakówna i Bożena Wojciechowska.

Dyrektorem Szkoły był Józef Wędzki. Uczyli nas wówczas prof. prof.: Helena Hassnejowa. Ja­dwiga Klauzińska, Maria Przygodz.ka. Władysława i Józef Wędzcy oraz Michał Mściszcz, Albin Rynek, Bronisław Szczygłowski i Stanisław Uciechowski. Prefektem szkolnym był ks. Sylwester Marciniak.

W tym czasie zaczęło mnie fascynować Leszno. A działo się wówczas w mieście wiele. Niemal w każdą niedzielę była jakaś uroczystość lub pochód. Były capstrzyki, pochodnie, sztandary, śpiewy, grały orkiestry. Po ulicach chodziły i paradowały stowa­rzyszenia i organizacje, zarówno świeckie jak i reli­gijne. Wśród nich: powstańcy wielkopolscy i strzel­cy, bractwo kurkowe, kluby sportowe, "Sokoły" i harcerze, szkoły, cechy rzemieślnicze. Młode Polki i... długo by można jeszcze wymieniać. Co rusz ktoś miał swój wielki dzień.

A że Leszno miało swój garnizon wojskowy, to też były przy nim orkiestry 55 pułku piechoty i 17 pułku ułanów. Organizatorzy imprez wynajmowali czasem także muzyków kolejowych, bo i kolej miała swoją orkiestrę.

Jakżeż pięknie grały te orkiestry! Orkiestra 55 pp maszerowała mocno, równo, twardo. Grały trąb­ki i werble. A kiedy w mieście zagrała orkiestra 17 pułku ułanów nie było chłopaka, który by do niej nie popędził. Ułańską orkiestrę można było nie tylko słuchać, ale także oglądać.

Białe konie, starannie dobrane. Jakżeż one szły, jak tańczyły i jak przebierały nogami do wtóru. A na przedzie, zawsze na najpiękniejszym koniu, jechał kapelmistrz porucznik Marian Dzidek.

Jakżeż urocze były też uliczki starego miasta: Wałowa, Więzienna. Grodzka ze Stokhausem /poli­cyjne więzienie śledcze/, w którym w sierpniu 1940 r. znalazło się kilku moich kolegów /harcerzy "Tajnej siódemki"/, dalej Średnia, Tylna i Łaziebna. Chodziłem często po nich z kolegami, także po drugiej stronie Rynku od Osieckiej Zieloną do Szkolnej, którą przecinały: Bracka, Jakuba, później Mikołaja i Świętojańska.

Latem chodziło się Lipową do "Kąpielki" w Zaborowie. wówczas wracało się Starozamkową. Ulicami Leszczyńskich i 17 Stycznia odprowadzało się wojskowe orkiestry do koszar na Racławickiej. Jesienią i zimą często wieczorem na "Dworcówce", od Rynku do Poczty i z powrotem, odbywało się "szlifowanie" chodników; na ogół przez chłopców ale i dziewczęta też tam czasem chodziły.

Wokół miasta spacerowało się plantami, na któ­rych dość często można było spotkać w służbowych czapkach plantowych - strażników plant. A planty przed wojną były zawsze zadbane, czyste i naturalne. Nowymi plantami, nazywanymi wówczas Alejami Hindersena, szło się z gitarą lub mandoliną do lasu na majówkę. Jesienią, kiedy na rosnących przy nich krzewach było dużo strzelających białych kulek, chodziło się tędy na nowy cmentarz. Na łyżwy wy­bieraliśmy się na "Linum". później na plac Kościu­szki, na sanki na "Kanonenberg", rzadziej na Wyciążkowo lub na Górę Królowej Jadwigi.

A z moim zastępem "Wilków harcerskiej Sió­demki" chodziło się wówczas na "nocki"; półtora-dniowe piesze wycieczki z biwakiem, na pola Wyciążkowskie, do Stanisławówki, do Krzycka nad je­zioro, czasem do Smyczyny lub Błotkowa.

Wędrowali wtedy ze mną gimnazjalni koledzy z klasy: Stefan Głogiński, Teodor Glapka, Walerian Gorzelniak, Edmund Kuberkiewicz i Czesław Talaga. Ciągnęliśmy ze sobą. na zmianę, solidny cztero­kołowy wózek ręczny, w którym był namiot z wypo­sażeniem, kuchnia polowa, zestaw różnych garnków i naczyń oraz całodziennym prowiant. Wychodziliśmy po południu w sobotę, wracaliśmy późnym wie­czorem w niedzielę.

Aby oddać koloryt tamtych dni należałoby jesz­cze wspomnieć o leszczyńskim Rynku z pięknym ratuszem, o zabytkowych kościołach. Także o ko­ścielnych dzwonach i ratuszowym zegarze. Dzwoni­ły one pięknie w różnych porach dnia. w każdym z kościołów inaczej. Ale najładniej bił ratuszowy ze­gar.

Można by jeszcze dalej ciągnąć opowieść o Le­sznie lat 30-tych, o uliczkach i miejscach naszych wspomnień, o naszych sprawach z tamtych lat, jakże pięknie opisanych przez młodszego kolegę Teodora Krupkowskiego /dawniej Krupka/ z ul. Narutowi­cza, który mieszkał vis a vis bóżnicy. Był on rówieś­nikiem leszczyńskiego poety Stanisława Grochowiaka, który nie żyje od 20 lat. Razem z nim zdawał maturę w leszczyńskim Liceum Ogólnokształcącym na początku lat 50-tych. Jest profesorem fizyki na Uniwersytecie Warszawskim, a jego książka o Lesz­nie, wydana przez Wydawnictwo Dolnośląskie w 1995 r., nosi tytuł "Ten piękny dzionek". Dlaczego piękny, dowiedzieć można się po jej przeczytaniu.

Ale wracam od tej dygresji. Kończyło się lato 1939 r., jakżeż piękne i słoneczne, chcieliśmy rozpo­cząć naukę w 3 klasie gimnazjalnej. Nagle, zupełnie dla nas nieoczekiwanie, nadszedł l września 1939 r. Rozpoczęła się wojna. Zaczęły się ucieczki, później wysiedlenia, wywózki na przymusowe roboty, repre­sje i poniewierka. Rozproszyliśmy się po świecie. Wielu z nas doznało różnych cierpień ze strony okupanta!

Za działalność w konspiracyjnej "Tajnej Sió­demce" zostałem w sierpniu 1940 r. aresztowany i przez 2,5 roku więziony w więzieniach w Lesznie, Rawiczu, Poznaniu, Wronkach i Warszawie. Później, przez ostatnie 2 lata okupacji, byłem w Gene­ralnej Guberni i pracowałem w lasach spalskich w charakterze leśnego - drwala. Tam spotkałem się ze szczególnym kultem legendarnego majora "Hubala", w którego oddziale zima i wiosną 1940 r. walczy­ło wielu leszczyniaków. w tym dwóch moich kolegów - harcerzy "Siódemki".

Do Leszna wróciłem 10 lutego 1945 r. Rozpo­cząłem pracę w charakterze urzędnika magistrac­kiego, później po ukończeniu miesięcznego kursu zostałem kolejarzem. Pracowałem w charakterze dyspozytora ruchu w Oddziale Ruchowo-Handlowym przy ul. Dworcowej. Jednocześnie zgłosiłem się do szkoły. Zajęcia w zakresie klasy III gimna­zjum, o ile dobrze pamiętam, rozpoczęliśmy w po­łowie kwietnia 1945 r. Byliśmy opóźnieni w nauce, mieliśmy po 20 lat i więcej lat. Dlatego podczas wakacji letnich przerobiliśmy we własnym zakresie klasę IV i zdaliśmy egzamin z jej ukończenia. Wios­ną 1945 r. było w nas dużo entuzjazmu i radości. Z tego okresu mile wspominam naszą zaprzyjaźnioną czwórkę z ulicy Narutowicza: Basie i Marysię Peterówny i Janusza Szurkowskiego, z którym dzieliłem wspólną ławkę szkolną.

We wrześniu 1945 r. rozpoczęliśmy naukę w Liceum Handlowym. Tutaj znowu spotkałem się z Zosią, która przyszła do I licealnej po ukończeniu żeńskiego gimnazjum ogólnokształcącego. W szko­le panowała wspaniała, serdeczna atmosfera. Po ponad 5 latach spotkaliśmy wielu nauczycieli i kole­gów sprzed wojny, chociaż nie wszyscy wrócili do szkoły.

Spotkaliśmy dawnych, aczkolwiek nie wszy­stkich, a także wielu nowych nauczycieli: Marię Baranowską, Irenę Grądzielewską, Janinę Kwiatkowską, Jadwigę Pawlicką. Karola Dobrogowskiego. Romana Dobrzyckiego i Edmunda Komorowskiego. Prefektem szkolnym był początkowo ks. Kazi­mierz Zarnowiecki. a od stycznia 1946 r. ks. Tadeusz Demel.

Byliśmy żądni nauki. Staraliśmy się uczyć do­brze i nie sprawiać kłopotu naszym wychowawcom. Mieliśmy szkolna orkiestrę. Grali w niej na ogół chłopcy z Bojanowa. Wśród nich: Klemens Bajoński, Edward Michalak. Mieczysław Szwarc i Stefan Witkowski. Na pianinie grała Stefania Karolczakówna. a w bęben "walił" Hirek Przeracki. Był też szkolny Klub Sportowy "Merkury", w którym wyróż­niali się: Bolek Kaczmarek i Zbyszek Sternal, a z mojej klasy: Kaziu Barański. Czesiu Ranecki i He­niu Walkowiak.

Do matury, pierwszej w dziejach szkoły, stanę­liśmy w ostatnich dniach czerwca 1946 r. Zdali ją wszyscy; w mojej klasie II B - 29, w równoległej IIA -19. Razem 48. Egzamin dojrzałości przeżywaliśmy podobnie, jak dzisiejsza młodzież.

A po maturze był komers. Po nim zaprosiła nas Zosia /całą naszą klasę/ na swoje włości do Krzycka. Najpierw był spacer i kąpiel w Krzyckim jeziorze. Później, w sali jaką jej rodzice mieli przy restauracji, bawiliśmy się do rana. A było dobre jadło, gąsior wina. grała szkolna orkiestra pod batutą Edwarda Michalaka, byty tańce. Przeżyliśmy wspaniałą zaba­wę. Rano rozjechaliśmy się do domów.

Część z nas podjęła pracę, wielu ukończyło stu­dia, głównie o kierunku ekonomicznym lub pra­wnym. Następnie pracowaliśmy na różnych stano­wiskach w     wielu miejscowościach. Zawiązane szkol­ne serdeczne przyjaźnie przetrwały do dnia dzisiej­szego.

Później góry stały się wielką pasją mojego życia. Z tych czasów bardzo przyjemnie wspominam w czasie wędrówki po Pieninach przypadkowe spotka­nie z ks. prefektem Tadeuszem Demelem. Ksiądz prefekt też po nich wędrował, z małym plecakiem na ramionach. Spotkaliśmy się pewnego pięknego li­pcowego popołudnia w Szczawnicy /a było to wg zapisu w moim dzienniku wędrówki 25 lipca 1953 r. około godz. 16.00/. Szczerze ucieszyliśmy się ze spotkania i odbyliśmy miłą pogawędkę.

Zawsze chętnie przybywaliśmy na spotkania do naszej "Alma Mater". Dzisiejszy zjazd jest piątym z kolei. Ma on szczególny jubileuszowy, charakter. To przecież za niecały miesiąc dla nas minie 50 lat. Dla innych 49, 47. 46 a najmniej 45 lat od dnia kiedy w tej szkole uzyskaliśmy świadectwo dojrzałości.

Absolwentów z lat 1946-1951 było 255. spośród nich na dzisiejszy Zjazd przyjechało tylko 85. A przecież już nie wszyscy z nas mogli tu dzisiaj przy­być. Tylko z mojej klasy na wieczną wartę odeszło już 11. Są to: Helena Dubska, Stefania Kulczyńska. Maria Machoy, Martyna Maćkowiak, Krystyna Marska. Kazimierz Barański, Klemens Bajoński, Marian Kabza, Hieronim Przeracki, Czesław Ranecki i Henryk Walkowiak.

Z klasy równoległej, II A nie żyją: Krystyna Szczęsna, Teodor Czapiński, Jerzy Fiedler. Henryk Liszka i Jan Voelkel. Zapewne podobnie jest także w pozostałych klasach maturalnych z lat 1947-51.

Z naszych wychowawców nie ma już wśród nas dyrektora szkoły Józefa Wędzkiego oraz bardzo wielu lubianych i szanowanych przez nas profeso­rów. Ogarnijmy ich wszystkich z okazji naszego Zjazdu myślą serdeczną i ciepłym o nich wspomnie­niem.

Zapewne moja opowieść jest bardzo osobista, chociaż myślę, że moje przeżycia były także udzia­łem wielu z was.

Może z tych przeżyć i wzruszeń wyrosło coś więcej niż wspomnienie.

Telesfor Tycner

 

Od redakcji

31 maja 1996 r. odbył się w Lesznie Jubileuszo­wy Zjazd Absolwentów byłego Liceum Handlowe­go z lat 1946-1951. Zjazd szczególny, gdyż w czerw­cu tego roku minęło 50 lat od pierwszego egzaminu dojrzałości w tymże liceum.

Na program spotkania złożyły się: msza św. w kościele św. Jana odprawiona przez ks. prałata Ta­deusza Bemela, byłego prefekta Liceum Handlowe­go, uroczyste spotkanie w Zespole Szkół Ekonomi­cznych przy ul. Poniatowskiego 2 oraz kameralne spotkanie w Kasynie Wojskowym przy ul. Królowej Jadwigi.

Podczas oficjalnej części Zjazdu, autor niniej­szego artykułu, jednocześnie absolwent wspomnia­nej szkoły, przedstawił swe wspomnienia, które na­stępnie wydrukowaliśmy.