Autor

Jerzy Zielonka

Tytuł

Zbiorowa zbrodnia pod murem więzienia

Źródło

Panorama Leszczyńska

Uwagi

 

 

Druga wojna światowa kryje niejedną tajemnicę. Tyle jest jeszcze nie jasnych i nie zbadanych spraw, tyle ciekawych epizodów. A czas płynie nieubłaganie i zaciera ślady. Więc trzeba wydzierać z zapomnienia fakty z tamtych dni i ochronić je dla przyszłych pokoleń. Jest to patriotyczny obowiązek ojców i dziadów wobec dzieci i wnuków. Dziś w rubryce „Ocalić od zapomnienia" na wyraźne życzenie czytelników przypominamy krwawą leszczyńską sobotę - 21 października 1939 r.; dzień, o którym wielokrotnie pisaliśmy na tych łamach.

 

          Drugi miesiąc hitlerowskiej okupacji. Rozwiały się złudzenia i pryskał mit o pruskim umiłowaniu prawa. Nikt nie miał wątpliwości, że ci którzy przyszli z Zachodu będą gnębić, dręczyć i mordować. Nadchodziła sobota 21 października 1939r, dzień wielkiej zbrodni. Ale przecież masowa publiczna egzekucja pod murem więzienia w Lesznie nie wyniknęła ot tak sobie – ni stąd ni zowąd. W ową pamiętną sobotę odprawiono wprawdzie szaloną farsę „praworządności”; odbył sąd, którego cywilizowanym sądem nazywać się nie godzi; wydano wyroki nie mające z prawem nic wspólnego, ale decyzja o wymordowaniu wartościowych Polaków – obywateli leszczyńskich zapadła wcześniej.

          U jej podstaw legło przekonanie, że wielu Polaków w Leszczyńskiem nie da się pozyskać dla hitleryzmu. A skoro nie da się ich pozyskać muszą  zginąć! Naziści za wszelką cenę starali pozbyć się przedwojennych przywódców regionalnego życia społecznego i politycznego w okupowanych miastach i miasteczkach Wielkopolski. Czas naglił, termin przyłączenia Poznańskiego do III Rzeszy wyznaczono na 25 października 1939 r.

          Na tamtym, pierwszym etapie okupacji ważnym celem było zastraszenie polskiej ludności. A cóż mogło skuteczniej zastraszyć – rozumowali spadkobiercy pruskich zaborców - jak krwawe widowisko publiczne, w którym życie oddają krewni, znajomi, ludzie znani i powszechnie szanowani.

          Jako się rzekło, decyzja o październikowych egzekucjach zapadła wcześniej; dokładniej w połowie października 1939 r. Wydał ją niewątpliwie w Poznaniu, wszechwładny wówczas wielkorządca  Wielkopolski szef zarządu cywilnego przy dowódcy wojskowym, późniejszy gauleiter Artur Greiser. I już w zamiarach nie miała to być zbrodnia ukryta. Zamierzano przeprowadzić ją jawnie nadając przygotowaniom do egzekucji pokaźny rozgłos. Dla celów propagandowych wykorzystano przy tym sprawę rzekomych morderstw polskich na Niemcach. Usiłowano przekonać opinię światową, że seria październikowych egzekucji w Wielkopolsce jest odwetem. W piątek - 20 października 1939r. w powiecie średzkim rozplakatowano wymowne obwieszczenie:

          „Właściwy Sąd Doraźny na podstawie popełnionego pod Turkiem bestialskiego mordu 103 bezbronnych osób narodowości niemieckiej, pochodzących z powiatów: Scrimm, Schroda, Kosten, Gostin i Lissa, skazał na karę śmierci 57 osób z powiatu Schroda, w tym 28 osób z Kostchin z powodu stwierdzonego podżegactwa i współuczestnictwa w dokonanych mordach. Wyrok wykonano dnia 20.10.1939 r. przed południem na placu rynkowym w Schroda i Kostchin (...)".

          W Lesznie ogłoszenia nie wydrukowano, ale w dokumencie średzkim kryje się klucz do październikowych egzekucji w Poznańskiem. Nie może być bowiem dziełem przypadku, że między 20 a 23 października publiczne egzekucje przeprowadzono właśnie w powiatach: Śrem, Kościan. Gostyń i Leszno; że realizowały je te same jednostki specjalne; że wreszcie da się na mapie wykreślić dokładny przebieg zmotoryzowanych kolumn śmierci.

          W każdym kłamstwie politycznym kryje się źdźbło prawdy. Ci, którzy puszczają fałsz w obieg zabiegają o to, aby wiadomość była przynajmniej prawdopodobna. Jest przeto prawdą, że na wieść o wybuchu wojny, l i 2 września 1939 r., w pięciu wymienionych powiatach i nie tylko tutaj - Wojsko Polskie, korzystając nierzadko z pomocy grup cywilnej samoobrony wsi i miasteczek - przeprowadziło internowanie Niemców. Zabrano z domów nazistowskich krzykaczy w wieku zdolnym do służby wojskowej. Było to konieczne. Na pograniczu wielkopolskim działały silne grupy hitlerowskiej V Kolumny. Internowanych Niemców ewakuowano w głąb kraju. Szli tymi samymi drogami, co wojsko i uciekająca polska ludność cywilna. Spotkał ich taki sam los. Ginęli, najczęściej od bomb piratów powietrznych spod znaku Luftwaffe. Nikt nie chciał ich śmierci.

          W początku października 1939 r. leszczyńskie więzienie i areszty były przepełnione. W celach przebywało więcej niż 300 osób. Niezależnie od tego codziennie brano zakładników, by zapewnić spokój w mieście. Mnożyły się fałszywe oskarżenia volksdeutscbów, załatwiano z Polakami dawne prywatne porachunki. A mimo to taka masa ludzka nie zadowalała hitlerowców. 18 października 1939 r. kiedy przygotowywano egzekucję, rozpoczęto dodatkowe aresztowania. I wtedy do leszczyńskiego więzienia, a właściwie do jego dawnej kaplicy, bo w celach nie było już miejsca, zaczęto sprowadzać zasłużonych obywateli, byłych Powstańców Wielkopolskich, działaczy Polskiego Związku Zachodniego, Stronnictwa Narodowego itp. Zarzucono im absurdalną winę - duchowe podżeganie przeciw Niemcom. Był w tej grupie, żyjący do dziś, mistrz stolarski Stanisław Piotrowski z Leszna, który wspomina:

„Bez butów, bez kurtki, bez nakrycia głowy zaprowadzono mnie do leszczyńskiego Ratusza, gdzie mieścił się komisariat niemieckiej policji, ograbiono ze wszystkich przedmiotów osobistych z wyjątkiem małego medalika Matki Boskiej, który miałem w kieszeni kamizelki. Następnie dołączono mnie na holu pierwszego piętra ratusza do grupy kilkunastu obywateli, którzy stali twarzami do ścian. Doprowadzono nowych ludzi. Po północy pod silną eskortą doprowadzono nas do więzienia. Wszystkie cele były zajęte, więc wpędzono nas do kaplicy więziennej (...)".

          Ważny to fragment wydarzeń. W wielu publikacjach upowszechnia się pogląd, że w leszczyńskiej egzekucji zginęli zakładnicy. Nic błędniejszego. Zakładnicy zabrani w nocy z 20 na 21 października - bezpiecznie przebywali w odosobnieniu. Nie stanęli przed sądem specjalnym, nie zginęli w egzekucji. Bohaterami krwawej soboty byli obywatele specjalnie zabrani z domów według sporządzonych przez miejscowych Niemców list proskrypcyjnych. Nie byli zakładnikami. To byli ludzie naznaczeni śmiercią za patriotyczne postawy, jakimi legitymowali się przed wojną.

          21 października 1939 r. o siódmej rano „sąd” rozpoczął pracę. Znamy zbrodniarzy. W Lesznie gościło wtedy 14 kommando specjalne policji bezpieczeństwa z Poznania pad dowództwem SS-Obersturmbannfűehrera Gerharda Flescha. Z kaplicy więziennej, przez podwórze, bocznym wejściem, po trzech, czterech, wprowadzano „oskarżonych" na salę ówczesnego budynku sądowego, na pierwsze piętro. Z kim się spotkali ?

Kto ponosi odpowiedzialność za 20 wydanych wyroków śmierci?

 

          Pamięć bywa zawodna, ale w sukurs przychodzą dokumenty. „Sądowi" przewodniczył SS-Obersturmbannfűehrer Flesch, ławnikami byli - SS-Sturmbannfűehrer Hotze i - prawdopodobnie - SS-Sturmfűehrer Hein. Protokółował (również prawdopodobnie) SS-Sturmfűehrer Probst. „Rozprawie" przysłuchiwali się: dr von Baumbach - landrat z Leszna, SS-Sturmbannfűehrer Moeller - dowódca miejscowego Selbstschutzu, SS-Obersturmbannfűehrer Wulf - szef Gestapo w Lesznie i radca policyjny landrata - niejaki Grund. Pokrzykiwali, śmiali się, szydzili. Najważniejszą rolę w ferowaniu wyroków odgrywali volksdeutsche, którzy pełnili funkcje biegłych i tłumaczy. Był wśród nich na pewno osławiony pastor Wolfgang Bickerich, a także - Kraemer i być może Klupsch.

          Marcin Rydlewicz z Leszna, który stawał przed tym sądem, a znalazł się w grupie ułaskawionych i szczęśliwym zbiegiem przypadków przetrwał wojnę wspomina:

          „W posiedzeniu sądu w czasie mej obecności brali udział także pastor Wolfgang  Bickerich oraz Klupsch - siodlarz z Leszna. Wydawali oni przed sądem opinie o aresztowanych. Od nich zależało, czy dany więzień miał być skazany na karę śmierci, karę więzienia czy ułaskawiony. Gdy weszliśmy na salę przewodniczący sądu odezwał się ostro i krzyczał na jednego ze współtowarzyszy niedoli: - Ty jesteś ten legionista i znany aktywista Polskiego Związku Zachodniego".

          W sali sądowej i później przy egzekucji była jeszcze jedna osoba, pozostawiła po sobie pisane świadectwo. Pracy „sądu doraźnego" przyglądał się nadprokurator w Lesznie Maksymilian Wilhelm Verlohren. Ze swych obserwacji sporządził obszerne sprawozdanie, w którym czytamy m. in.:

          „Postępowanie toczyło się przeciwko 53 osobom. Nie było wśród nich osób, co do których wydano nakaz aresztowania. Oskarżeni byli doprowadzeni do sali po 3-4 i przesłuchiwani przez przewodniczącego w oparciu o pisemne zapiski. Przedstawił on więźniom ciążące na nich zarzuty. Przesłuchano tylko jednego świadka. Opiniodawcy byli pytani o polityczne nastawienie oskarżonych. Następnie sąd doraźny udał się na naradę trwającą ok. 20 minut; następnie 33 oskarżonych, co do których nie orzeczono kary śmierci zostało odprowadzonych do więzienia. Ponownie doprowadzonym 20 oskarżonym przewodniczący oświadczył, że zostali skazani na śmierć w części za podżeganie, w części za czynne wystąpienia przeciwko volksdeutschom oraz że wyrok zostanie natychmiast wykonany (...)".

          Parodia praworządności, błyskawiczna niemiecka „sprawiedliwość". Bez nakazów aresztowania, bez świadków, bez obrońców - w ciągu trzech godzin „osądzono" 53 osoby i wydano 20 wyroków śmierci. O godz. 10-15 padły strzały. Zbrodniarze się spieszyli. Przed nimi były dalsze miejscowości i jeszcze jeden krwawy dzień - poniedziałek w Kościanie i Śmigłu.